piątek, 26 września 2014

NOWY POCZĄTEK CZĘŚĆ 2

   Uwielbiam latać. Kocham latać. Gdy lecę czuję się naprawdę wolna i naprawdę szczęśliwa. To jedyny taki moment. Z szerokim uśmiechem na twarzy pokonywałam korytarz. Strażnicy strzelali do mnie próbując mnie powstrzymać, ale ja zgrabnie i zręcznie omijałam wszystkie przeszkody.
    "Niech te drzwi się otworzą", zacisnęłam mocno powieki, skupiając się na życzeniu. Następnie gwałtownie otworzyłam oczy, a różowy promień wystrzelił z mojej dłoni trafiając w drzwi przed mną. Były zablokowane, ale je otworzyłam.
    Ze śmiechem wyleciałam na ulicę przed bank. Było późne popołudnie i powoli robiło się ciemno. Rozglądnęłam się. Jakieś dwieście metrów ode mnie stał nasz super szybki samochód. Potrafi w nie całe dwie minuty dowieźć nas na obrzeża miasta, do tajnie ukrytej Wieży Roju. Wystarczy, że dolecę do wozu.
    Rzuciłam się w jego stronę, pewna że mi się uda. Byłam już w połowie drogi kiedy coś lub ktoś złapało mnie za kostkę. Gwałtownie odwróciłam głowę. To Gwiazdka chwyciła mnie za nogę. Chciałam się jej wyrwać, ale nic z tego. Jej uścisk był zbyt silny.
    - Puszczaj! - warknęłam.
    - Poddaj się, Jinx! - wykrzyknęła - Wiesz, że nie macie szans.
Uśmiechnęłam się do niej złośliwie.
    - Jest chyba odrobinkę na odwrót, kochana - powiedziałam.
    Rozgniewałam ją. Wykrzywiła się, oczy zaświeciły jej się jaskrawą zielenią. Wiedziałam, że teraz będzie próbowała postrzelić mnie laserami. Głupią ma moc, ostrzega wrogów przed atakiem, pozwalając im jednocześnie na przeciwstawienie się mu.
"Niech mnie nie trafi, niech poleci w inną stronę", pomyślałam.
     Zgodnie z moim życzeniem laserowa kula zmieniła tor lotu i poleciała na prawo, dokładnie tam, gdzie machnęłam ręką. Uderzyła jakiegoś przechodnia w głowę, pozbawiając go przytomności. Mężczyzna bezwładnie osunął się na chodnik.
     - Nie! - Gwiazdka spojrzała za siebie. Najwyraźniej bardzo ją to zmartwiło.
     - Zadaj sobie teraz pytanie, Gwiazdko - zawołałam - Kto przegrywa, a kto wygrywa?
    Wykorzystując chwilą jej słabości, wyszarpnęłam nogę i gwałtownie przyspieszyłam. Spojrzałam na już tak bliski samochód. Przez to całe zamieszanie z tą Tmaranką, reszta mojej ekipy zdążyła mnie wyprzedzić. Cała czwórka siedziała już przygotowana i pospieszała mnie.
     - Szybko, Jinx, szybciej! - Gizmo wyglądał jakby oszalał.
     - Jinx, uważaj! - wykrzyknął Mamut* celując palcem w coś za mną.
     "Uważaj"? Na co mam uważać? Nie zdążyłam nawet odwrócić głowy, a czarna moc Raven chwyciła mnie za kołnierz i zaczęła naprawdę mocno ciągnąć do tyłu. Spojrzałam za siebie. Wszyscy Tytani biegli w moją stronę i zdumiewająco szybko się przybliżali.
     - Rzucaj forsę! - wydarł się Gizmo.
     Bez zastanowienia, nadal próbując się wyrwać, rzuciłam przed siebie, w stronę Gizmo, woreczek ze zdobyczą. Chłopak złapał go do rąk i przytulił jak starego, dobrego przyjaciela.
    - Ruszaj! - pisnął do kierowcy - Już!
Billy odpalił silnik.
    - Czekaj, nie! - wykrzyknęłam, ale nikt z nich nawet się nie odwrócił.
   Nie zajechali daleko. Zaledwie po paru metrach, zielony dinozaur rzucił się na maskę wozu, zatrzymując go i niszcząc.
    - Mój samochód! - Gizmo był bliski płaczu - Mój ukochany samochód... Coś ty narobił, idioto?!
    Raven puściła mnie i złapała teraz jego, wyrywając omu woreczek i podając go Robinowi, a Gizmo zakryła usta, żeby się w końcu zamknął.
     Już miałam się rzucić się do ucieczki. Chciałam wlecieć do małej, ciasnej uliczki na boku i tam ich zgubić, ale Cyborg pojawił się za mną znikąd i wygiął moje ręce do tyłu, a swoimi nacisnął pomiędzy moje łopatki.
    - Bierz ode mnie te zimne, wielkie łapska, ty kupo złomu! - wykrzyknęłam zwijając się z bólu. Brak jakiejkolwiek reakcji. "Chcę pokopać go prądem", pomyślałam i skupiłam w sobie jak najwięcej energii.
    - Aua! - jęknął Cyborg puszczając mnie - No wiesz...?
    - Nie dotykaj mnie - warknęłam.
Jakby głuchy, złapał mnie za kark, tak mocno, że aż zabolało.
    Wściekła, wypięłam mu język. Ku mojemu zdziwieniu zrobił to samo. Uniosłam zdumiona brwi. Niby co to miało znaczyć?
    Nagle Raven szarpnęła mnie za ramię z drugiej strony.
    - Nie jestem szmacianą lalką - powiedziałam oburzona i wyrwałam jej się. Odwróciłam się do ucieczki, ale za mną stał Cyborg. Rozłożył ręce, zagradzając mi drogę i uśmiechnął się do mnie usatysfakcjonowany.
    - I co się głupio cieszysz? - burknęłam patrząc na niego spode łba. Spuściłam wzrok i posłusznie poszłam za Raven do reszty.
   Robin uśmiechnął się do mnie od ucha do ucha. Uniósł woreczek na wysokość mojego nosa i zaczął mi przed nim wymachiwać saszetką.
    - I znowu nie masz - stwierdził zadowolony.
   Chcąc pokazać, że mimo iż mnie złapali, wcale się nie poddałam, jeszcze przez chwilę gniewnie na niego patrzyłam, po czym odwróciłam głowę i uniosłam ją wysoko do góry. A niech się ze mną droczy, proszę bardzo. Jeszcze mu pokażę do czego jestem zdolna.

* Nie pamiętam czy to był Mamut, czy Mutant, więc będę pisała Mamut, bo tego jestem bardziej pewna (chociaż dziwnie to jakoś pasuje...).

Błagam, niech ktoś skomentuje! Wtedy będę starać się częściej dodawać posty...

sobota, 20 września 2014

NOWY POCZĄTEK CZĘŚĆ 1

349, 521, 783, 372, 294...
   - Byłbym wdzięczny, gdybyś się trochę pospieszyła, Jinx - parsknął Gizmo.
571, 002, 172, 906...
   - Jinx, szybciej! - ponaglił mnie Gizmo.
671, 321, 511...
   - Cyfry, cyfry, cyfry... Jinx!
   - Jinx, Jinx! - przedrzeźniałam go odsuwając się od sejfu i wymachując rękoma - Mógłbyś się trochę uspokoić? To długi i skomplikowany szyfr. Nie chcę się pomylić...
   - To trwa wieki - przerwał mi - Prędzej nas złapią, niż ty to otworzysz.
   - Zjawią się tu za moment, ale to dlatego, że drzesz się wniebogłosy - warknęłam i z powrotem nachyliłam się nad pozłacanym sejfem - Na czym skończyłam?
    - 351, 511 - przypomniał Cyklop.
921, 922, 806, 273, 109.
    - Mam! - wyciągnęłam ciężki, dość duży wełniany woreczek ze skrytki i triumfalnie podniosłam go w górę.
    Nagle coś czarnego i podłużnego wspięło się po moim ciele i dosłownie wyrwało zdobycz z rąk.
    - I już nie masz - usłyszałam za plecami znajomy głos. Odwróciłam się gwałtownie.
    Młodzi Tytani stali kilka metrów od nas. Raven trzymała w dłoniach saszetkę z pieniędzmi. Nie zraziło mnie to. Wręcz przeciwnie. Uśmiechnęłam się do nich kpiąco, zadarłam brodę i wyciągnęłam rękę przed siebie.
"Chcę, żeby te pieniądze wróciły do mnie", usłyszałam w głowie własny głos. Na tym polega moja magia. Nic trudnego, wystarczy pomyśleć sobie życzenie i wystarczająco się skupić i gotowe. Nawet sobie nie wyobrażam, jak mogłabym żyć bez niej.
    Raven nie była przygotowana. Woreczek wypadł jej rąk, ale zamiast spaść na podłogę, poleciał prosto do mojej wyciągniętej dłoni.
    - I znowu mam - powiedziałam z nieskrywaną dumą.
Robinowi zrzedła mina.
    - Tytani, wio! - wykrzyknął.
    Cała piątka rzuciła się na nas, ale ja nawet nie drgnęłam. Mi dostał się Bestia.
    Zielony byk rozpędził się i biegł centralnie na mnie, mucząc przeraźliwie. W ostatniej chwili zrobiłam piruet, unikając zderzenia. Byk wylądował głową w pustym sejfie za mną. Wyjął ją, odwrócił się i prychnął parę razy ze wściekłością trzęsąc łbem.
    - Co się stało, byczku? - zapytałam udawanym słodkim i niewinnym głosikiem. Wyciągnęłam przed siebie woreczek i potrząsnęłam nim. Grube monety w środku obijały się o siebie - Tego potrzebujesz, byczku, to byś chciał? - Bestia tupnął kilka razy tylną nogą i przygotował się do ataku - Chcesz? To spróbuj mi to odebrać! - zakończyłam już swoim głosem. Ponownie w ostatnim momencie zrobiłam piruet, nucąc do tego pod nosem i podnosząc saszetkę wysoko do góry - Ojej, ojej - zaśpiewałam, gdy znowu rozwścieczony odwrócił się przodem. Celowo nie patrzyłam na niego. Bawiłam się paznokciami, pokazując mu ile mnie obchodzi - Na twoim miejscu, zamieniłabym się w co innego. Byk nie jest, zbyt, no wiesz... dostojny, elegancki, zgrabny? No i, jak widać, inteligentny... Zamień się w coś z większym mózgiem... Ups! Czekaj, to było nie miłe. Przecież wszystko będzie miało taki sam mózg, jak ty.
    Uśmiechnęłam się do niego szyderczo, pokazując wszystkie zęby. Bestia wypuścił powietrze przez nos, tak że para uniosła się nad jego głową.
     - Wiejemy! - wykrzyknął Gizmo.
     "Chcę latać", pomyślałam.
    Obdarzyłam Bestię triumfalnym uśmiechem, a gdy ten znów pędził prosto na mnie, tym razem nie zrobiłam piruetu. Uniosłam się natomiast w górę, kilka centymetrów ponad jego łeb i przeleciałam nad nim. Ryknął wściekły, po czym zmienił się w sokoła, ale nie był wstanie mnie dogonić.
 


Przepraszam, że znowu tak krótko, ale chciałam coś dodać, bo wczoraj nic nie było, a w tym tygodniu mam sprawdzian z chemii. Wiązania chemiczne; jonowe, spolaryzowane, niespolaryzowane... Ludzie, takie pierdoły, że aż się człowiekowi żyć nie chce. Nienawidzę chemii! Nudy na budy, nie to co biologia. No, trudno. Liczę na to, że spodoba Wam się nowe opowiadanie, bo żyłam nim właściwie przez cały tegoroczny pobyt w Chorwacji. Poważnie, ludzie na plaży na mnie krzywo patrzyli, bo nic tylko godzinami codziennie pisałam coś w zeszycie. Jakiś dziadek pytał mnie nawet, czy pamiętnik piszę i potem zaczął ze mną o tym rozmawiać . Nie wiem, po jakim języku mówił, ale go rozumiałam, a on mnie. Pewnie jakiś skarabeusz się do mnie przyczepił ;) (Fani Ligii Młodych, wiedzą o co chodzi) A skoro o YJ mowa, aktualnie piszę o tym opowiadanie. Może jak coś z tego wyjdzie, założę nowego bloga. Czytalibyście? Dobra, to ja idę się uczyć :( i jutro postaram się dodać drugą cześć. Pa, pa ;)

czwartek, 18 września 2014

ZAPOWIEDŹ: NOWY POCZĄTEK

OPIS OPOWIADANIA: Jinx po nie udanym napadzie na bank i zdradzeniu przez ekipę, trafia do więzienia. Szybko się jednak wydostaje i odłącza się od Roju na rzecz pozostania samotnym przestępcą. W trakcie niebezpiecznych zabaw, ponosi poważne obrażenia i trafia pod bezinteresowną opiekę Tytanów. Z początku zniechęcona dziewczyna, z upływem czasu zmienia się nie do poznania. Tymczasem Slade obmyśla zemstę, na byłej pomocniczce.
NARRACJA: Pierwszoosobowa (Jinx).

                                 

S.O.S CZĘŚĆ 18

     Ostatnią cześć S.O. S dedykuję specjalnie dla jednej z czytelniczek BlueNight, w ramach podziękowań za reklamę, dzięki czemu, mam Was dużo więcej. Oczywiście dziękuję każdemu, kto zapewnił mi rozgłos. Cieszę się, że jest Was tak dużo i mam nadzieję, że moje opowiadania się Wam podobają. Liczę, że skoro kończę dzisiaj już drugie, zobaczę jakieś komentarze, obojętne czy pozytywne, czy negatywne. Wieczorem postaram się dodać zapowiedź kolejnego opowiadania (Jestem chora i siedzę w domku, więc mam trochę więcej czasu. Dlatego ostatnie części były dłuższe ;)). Wiem, że Blue nie prosiła mnie o reklamę, ale ma na prawdę świetne opowiadanie (nie o Tytanach, ale może Wam się spodoba). Dopiero się zaczęło, ale mnie wciągnęło bez reszty, więc także w ramach podziękowań podaję Wam linka na bloga Blue, która, mam nadzieję, się na mnie za to  nie obrazi :).

 http://nordycka25.blogspot.com/



  Powoli otwieram oczy. Opadam na dno. Powoli, powolutku tonę. Tonę. Nie duszę się, nie próbuję złapać powietrza. Tonę. I pozwalam na to. Skoro bomba już nie uderzy w ziemię i nie spowoduje potężnego wybuchu, to mogę umrzeć. Umrzeć. Jak to pięknie brzmi. Teraz mogę umrzeć.
   Jestem już głęboko, a wciąż jest zdumiewająco jasno. Jak to możliwe? Słońce prześwituje przez wodę i rozszczepia się światło. Promienie. Jakie ładne... Niesamowite.
   Czy to jest śmierć? Jeżeli tak, to dlaczego ludzie się jej boją? Boją się jej chyba tylko źli ludzie. Przecież ona jest taka wspaniała.
    Moja krew jest dookoła. Jest jej coraz więcej i więcej. Tworzy wokół mnie magiczną czerwoną poświatę.
    Udało się.
    Teraz mogę umrzeć.
    Zamykam oczy, ale nie ma ciemności.
    Tamaran: mama, tata, Kometa, babcia, Heres. Ziemia: Raven, Bestia, Cyborg, Robin.
Uśmiecham się delikatnie.
    Śmierć jest taka piękna...
    Chyba już umarłam. Coś zielonego przepływa obok mnie i bierze mnie na grzbiet. Płynie ze mną do góry. Już nic mnie nie obchodzi. Już za późno. Nie zdąży.
     Ja już umieram.
     Śmierć jest taka piękna...

     Gwałtownie otwieram oczy. W pierwszej chwili nie wiem, co się dzieje. Gdzie jestem? Co się stało? Powoli wszystko mi się przypomina. Szczegół po szczególe.
     Przeżyłam? Jak to możliwe?
     Rozglądnęłam się po pokoju. Leżałam w swojej sypialni, w Wieży Tytanów. Powoli ściągnęłam z siebie koc. Cały brzuch miałam owinięty czystym białym bandażem elastycznym. Ostrożnie się podniosłam, ale nie udało mi się uniknąć ostrego bólu. Jęknęłam i przyłożyłam dłoń do rany. Delikatnie położyłam jedną nogę na podłodze, potem drugą. Wzięłam głęboki wdech i wolniutko, centymetr po centymetrze podtrzymując się parapetu, wstałam. Nie byłam pewna, czy wolno mi chodzić, ale nie chciałam leżeć w łóżku.
    Boso szłam przez korytarz, robiąc małe kroczki, bo dużych nie jestem w stanie. Tak samo nie jestem w stanie się wyprostować. Co się ze mną stało?
    Spoglądnęłam w lustro i w pierwszej chwili się nie poznałam. Z twarzy odpłynęła mi krew, oczy mam chore, pod nimi cienie, nos w opatrunku, usta rozcięte i suche.
    Spuściłam głowę z głębokim westchnieniem i ruszyłam dalej. Z trudem otworzyłam drzwi do salonu.
    Mimowolnie się uśmiechnęłam. Cyborg i Bestia grali na konsoli, Raven siedziała obok nich na kanapie i czytała książkę, a Robin gotował. Wszystko było jak dawniej.
    - Hej... - powiedziałam, ale chrypka odebrała mi mowę. Widocznie coś jednak z siebie wydałam, bo Raven gwałtownie podniosła głowę i spojrzała w moją stronę. Oczy jej zabłysły, a na twarzy pojawił się uśmiech.
    - To Gwiazdka! - wykrzyknęła.
    Dziwne, że mnie poznała. Reszta od razu porzuciła swoje zajęcia i natychmiast cała czwórka znalazła się przede mną. Zaczęli się śmiać i delikatnie mnie ściskać. I tak bolało, ale prawie tego nie czułam. Za bardzo się cieszyłam.
   - Jak się czujesz? - zapytał Cyborg.
   - Nie najgorzej - powiedziałam, to cud, że żyję.
   - Wyzdrowiejesz - uśmiechnął się Robin - Tylko musisz dużo odpoczywać. Najgorsze już za tobą.
   Spojrzałam na niego i posmutniałam. Na twarzy miał okropną bliznę. Objęłam go przy po policzkach i zaczęłam się jej przyglądać.
    - Żałuj, że nie widziałaś jak Robin chodził przez tydzień z całą głową zabandażowaną - zaśmiał się Bestia - Wyglądał jak mumia. Co chwilę w coś uderzał i takie tam...
    - Moment. Przez tydzień? - zdziwiłam się - Ile spałam?
    - Dwa tygodnie - powiedziała Raven kładąc mi dłoń na ramieniu.
    - O jejku.... -  westchnęłam nie za bardzo wiedząc, jak to skomentować.
    - Dlatego musisz być głodna - Robin delikatnie spuścił moje dłonie i ruszył do kuchni - Właśnie robię nam jedzenie.
    - Robin - zatrzymałam go. Odwrócił się i spojrzał na mnie. Uśmiechnęłam się nieśmiało - Jeśli chcesz wiedzieć, w ogóle cię nie oszpeca.
    Uśmiechnął się do mnie, a ja do niego.
    - Przyniesiemy ci jedzenie. Połóż się - powiedział Cyborg łagodnie.
    Kiwnęłam głową i powoli wyszłam. Ale zamiast udać się do swojej sypialni, weszłam do pokoju Bestii. Wyjęłam z szuflady jego biurka album ze zdjęciami i zamknęłam się u siebie na dwadzieścia minut. Potem zeszłam z powrotem do pokoju dziennego.
     - Już do ciebie szliśmy - powiedział Bestia wstając z kanapy.
     - Nie, Bestio - przerwałam mu uśmiechając się do niego łagodnie - To ja chciałam przyjść do ciebie.
     Wyciągnęłam ku niemu ręce i wręczyłam dopiero co wykonany przeze mnie podarunek. Powoli wziął go do rąk.
      To album ze zdjęciami jego rodziny. Znajdowały się tam zdjęcia z jego dzieciństwa. Ozdobiłam go dodatkowo rysunkami kwiatów, ptaków, gwiazdek i brokatem. Na ostatniej stronie napisałam ozdobnymi literami: "Wiem, że nie zastąpimy ci tych ludzi, ale zawsze będziemy twoją drugą rodziną". Pod tym wkleiłam zdjęcie całej naszej piątki: jego, moje, Raven, Robina i Cyborga.
       Bestia w milczeniu przeglądał powoli album, strona po stronie, aż doszedł do samego końca.
       - Mam nadzieję, że się nie gniewasz, że wzięłam te zdjęcia - powiedziałam cicho drapiąc się po karku i spuszczając nisko głowę - W sumie, to nie było to zbyt grzeczne...
       Bestia podniósł głowę i wbił we mnie wzrok. W oczach miał łzy. Nie zdążyłam nic powiedzieć, a rzucił się na mnie z uściskiem.
       - Dziękuję - wyszeptał mi do ucha - To jest naprawdę piękne... Ja... Dziękuję...
       - Nie ma za co - zaśmiałam się, też z trudem skrywając łzy wzruszenia.
Gdy się odsunął odwróciłam się do Robina.
       - Dla ciebie też coś mam - powiedziałam pogodnie uśmiechając się figlarnie.
       - Dla mnie? - zdziwił się.
       - Balsam na szybsze gojenie się blizn? -podsunął Cyborg.
Wykrzyknęłam z plecaka, który ze sobą przyniosłam, pozwijane odzienie i mu je wręczyłam.
       - Moja peleryna! - wykrzyknął Robin.
       - Uważaj - ostrzegłam go - Może być trochę zaśliniona przez Bestię.
Robin wybuchnął śmiechem, po czym dodał:
        - My też mamy dla ciebie prezent.
        - Naprawdę?
        - Chcieliśmy ci podziękować i cię pochwalić - powiedziała Raven - Ocaliłaś nam życie. I nie tylko nam. Właściwie, całemu światu.
        - Jesteś najdzielniejszą Tytanką, jaką znam - dopowiedział Cyborg.
        - Dlatego zasłużyłaś na nagrodę - uśmiechnął się Bestia.
Miałam wrażenie, że zaraz mi wręczą jakiś order czy coś, a zza szafy wyjdzie sam prezydent. Tak się przynajmniej zachowywali, co mnie, chociaż napalało, szczerze powiedziawszy, dumą, to też okropnie krępowało.
        - Powiecie w końcu o co chodzi? - nie wytrzymałam.
       - Gdy tylko wyzdrowiejesz, lecisz na cały tydzień na Tamaran - powiedział Robin.
       Osłupiałam z wrażenia. Zaczęłam piszczeć z radości. Próbowałam podskoczyć, ale za bardzo bolało, więc objęłam całą czwórkę.
       - Dziękuję - tylko tyle byłam w stanie powiedzieć.
       - Ale najpierw... - zaśmiał się Cyborg i podniósł do góry jakąś płytę.
       - Co to jest? - zapytała Raven.
       - Film.
       - Jaki film? - zaniepokoił się Bestia.
       - Mój ulubiony - dopowiedział Cyborg,
Bestia skrył twarz w dłoniach.
       - O nie... - jęknął.
       - O tak... - kiwnął głową Cyborg, a reszta wybuchnęła śmiechem - I teraz go wszyscy razem obejrzymy. Całe dwie godziny i szesnaście minut.
       Robin przyniósł jedzenie i usadowiliśmy się na kanapie wygodnie. Objęliśmy się.
       - Gotowi? - zapytał Cyborg podnosząc pilot.
       - Gotowi - odpowiedzieliśmy chórem.
       - Nie przeżyję tego - westchnął Bestia, ale uśmiechnął się i wbił między mnie, a Raven.
      Włączyliśmy film.

środa, 17 września 2014

S.O.S CZĘŚĆ 17

   Przypomniało mi się coś. Zobaczyłam to. Mała dziewczynka bawiła się na placu zabaw. To ja. Mała ja. Czy ja przed kimś uciekam? Tak, chyba tak. Ale moment, śmieję się. To zabawa! Kryję się za drzewem i chichoczę. Ktoś wyskakuje z drugiej strony. Jakiś chłopiec. Rozczochrane blond włosy, ciemne duże ciepłe oczy. I ten uśmiech... Znam go! To przecież Heres! Oboje się śmiejemy. Przepychamy się, zwijając się przy tym ze śmiechu. Tak jak przed chwilą się siłowaliśmy, tylko że teraz robimy to dla zabawy. Dla frajdy. Przewróciliśmy się. Ależ świetnie się bawimy! Podaje mi rękę, pomaga mi wstać. Biegniemy ze śmiechem, urządzamy sobie mały wyścig. To Heres, mój przyjaciel...
   Mój były przyjaciel.
   Ostatnie tchnienie. Jeżeli mnie nie udusi, zrzuci mnie... Ostatnie tchnienie. Wówczas utonę w oceanie... Ostatnie tchnienie.
   Nie. Nie ostatnie.
   Przypomniałam sobie jak Raven z całej siły kopnęła atakującą ją pumę i odepchnęła ją od siebie. Strach zniknął. Ustąpił miejsce kolejnej fali wściekłości.
   Powtarzam ruch przyjaciółki. Z wysiłkiem kopię Heresa w dół brzucha, tak mocno, jak tylko mogę. Chłopak puszcza moją szyję i z jękiem chwyta się za brzuch. Podnosi na mnie gniewny wzrok, ale ja już zdążyłam wstać, wykorzystując chwilę jego nieuwagi. Ciągnę go za koszulę i siłą stawiam na nogi. Przyciągam blisko do siebie. Teraz ja mam przewagę.
   - Skoro nie chcesz się zmienić, zapłacisz za swoje pomyłki - wycedziłam celowo plując mu w twarz przy następnym słowie: - W więzieniu.
   Ponownie zaczęliśmy się siłować. To nie trwało długo. Chciałam go tylko przewrócić i pozbawić przytomności na parę minut. Przysięgam. Tylko tyle chciałam...
   Ale wydarzyło się coś innego. Coś strasznego. Coś co będę pamiętać już do końca życia. Coś o czym będę śniła po nocach. Coś co okaże się jedną z najgorszych rzeczy jakie kiedykolwiek zrobiłam.
   Obracaliśmy się w około. Heres próbował mnie zepchnąć, już prawie mu się udało, ale wtedy ja pchnęłam go mocno i okręciłam. Wówczas on się potknął. Puścił moje ramiona, stracił równowagę i... spadł.
   - Heres! - wykrzyknęłam wyciągając ręce, by go złapać, ale nie zdążyłam. Spróbowałam latać, unieść się w górę i go złapać, ale nie. Na obszarze całej rakiety było to przeklęte pole siłowe.
   Opadłam na kolana i bezradna patrzyłam jak spada. Najgorsze było jednak to, że gdy spojrzałam w jego oczy nie zauważyłam gniewu, wściekłości, żalu, chęci zemsty, nienawiści czy czegoś, co znaczyłoby, że żałuje swoich czynów, że nie chce skończyć w ten sposób. Nic. W jego oczach nic nie zauważyłam. Pustka.
   Robił się coraz mniejszy i mniejszy. Byłam zbyt wysoko, by zobaczyć jak z wielkim rozpędem uderza o wodę i wpada do niej.
   I umiera.
   Załamałam się. Oczy zaszły mi mgiełką. Objęłam się w pasie i pochyliłam do przodu. Łzy kapały po kolei na metal. Zacisnęłam usta.
    Zabiłam go. To ja go zabiłam.
    W uszach brzmiały mi dopiero co wypowiedziane przeze mnie słowa: "Ja nie zabijam ludzi".
Teraz to zdanie całkowicie straciło sens. Właśnie zabiłam. Własnego przyjaciela. Znów wspomnienie naszych wspólnych zabaw. Znów kolejna łza.
    Zrobiło mi się przykro, gdy zabiłam pająka. A co dopiero teraz?
    Rozpłakałam się. Jestem potworem.
   Nie zdążyłam się zorientować, co się dzieje. Najpierw zobaczyłam cień. Dopiero po chwili doszło do mnie, że ktoś stoi nade mną z uniesionym do góry mieczem.
    Gwałtownie się odwróciłam i uniosłam ręce w obronnym geście, ale... nic więcej.
    Bruke wbił mi miecz Heresa pod lewą pierś. Głęboko, głęboko... Bardzo głęboko.
    Wydałam z siebie zduszony okrzyk. Źrenice mi się rozszerzyły. Przeraźliwy ból, jakiego jeszcze nigdy w życiu nie doznałam, przeszył moje ciało.
     Bruke z szyderczym uśmiechem wyjął miecz, tylko potęgując ból i odbiegł do kogoś innego.
     Przez moment nic nie słyszałam. Tylko własny krzyk. Nie wiem czy naprawdę krzyczałam, czy tylko mi się to zdawało. Zakręciło mi się w głowie i poczułam silne mdłości. Przyłożyłam ręce do rany i poczułam krew przelewającą mi się przez palce. Była ciepła. Obrzydliwie ciepła. Nawet nie chciałam na to patrzeć.
    Z otępienia wyrwał mnie krzyk Robina. To jeszcze nie koniec. Bomba... Podniosłam głowę. Robin stał przy drzwiach do pokoju kontrolnego. Widziałam go jak przez mgłę i słyszałam, jakbym była w wodzie.
    - Raven! Gwiazdka! Szybko! - machał do nas ręką - Osłaniajcie mnie!
I otworzył drzwi i zniknął. Za nim wbiegła Raven.
   Muszę się skupić. Skupić... Skup się, Gwiazdko. To już prawie koniec. Musisz dać sobie radę. Dasz sobie radę, dasz radę...
   Mgła zniknęła. Przyłożyłam do rany jakiś materiał. Nie wiem jaki i z skąd go wzięłam Musiałam zahamować krwotok. Wstałam. Zachwiałam się, ale udało mi się odzyskać równowagę. Dam sobie radę.
Pobiegłam do pokoju kontrolnego.
   Miałam szczęście. Gdy tam przybiegłam Czarna Jędza leżała już nie przytomna pod ścianą. Przynajmniej ją mam z głowy. Robin podbiegł do komputera.
    - Spróbuję to zatrzymać - oznajmił. Spojrzałam na jego twarz i aż mnie cofnęło. Cała, absolutnie całą, miał zakrwawioną, a w poprzek na całej jej długości miał naprawdę głęboką dziurę - Ale jeśli mi się uda... - zawahał się - Wpadniemy do wody.
    - Rób z tym! - rzuciła Raven. Też była solidnie posiniaczona i podrapana. Pod lewym okiem ktoś nabił jej porządną śliwę, a wargę miała rozbitą i spuchniętą - My cię osłaniamy.
    Do sali wbiegli Bestia i Cyborg i zaczęli wnosić do pokoju nieprzytomnych wspólników Jędzy. Spojrzałam w okno. Zbliżaliśmy się do lądu. Widziałam maleńką Statuę Wolności na horyzoncie. Nie zdążyliśmy nawet zarządzić ewakuacji. Ale gdyby nam się jednak udało, i tak cywile nie zdążyli by uciec na dostateczną odległość.
    - Robin, szybciej! - pisnęłam.
    - Staram się! - bił chaotycznie w przyciski na klawiaturze.
    Zacisnęłam pięści. Zbliżamy się. Zbliżamy. Jesteśmy coraz bliżej, bliżej, bliżej...
    Robin coś naciska. Maszyna zaczyna spadać z zawrotną szybkością w dół, obracając się przy tym o 360 stopni. Słyszę krzyk i sama krzyczę. Spadamy. To znaczy, że... bomba nie wybuchnie! Ziemia uratowana!
    A jednak się udało.
    Udało się.
    To ostatnia myśl, jaka przelatuje mi przez głowę. Potem z potężną siłą uderzamy w wodę.

wtorek, 16 września 2014

S.O.S CZĘŚĆ 16

   Wznowiliśmy walkę. Tym razem walczyliśmy na rakiecie. Na bombie tak niebezpiecznej, tak groźnej, służącej do zagłady Ziemi, ludzkości, istnienia...
   Czarna Jędza uciekła do środka maszyny, do pokoju kontrolnego. Rozkazała swojej drużynie, zająć się nami. Bestia walczył więc z Bruke'm. Zamienili się obaj w przeróżne zwierzęta. Raven i Cyborg walczyli z bliźniakami, którzy po mimo niskiego wzrostu, wykazywali się dużą siłą i sprytem. Robin mierzył się z Heresem, który trzymał w dłoni wieli miecz. Lśnił gniewnie i złowrogo w promieniach słońca. Wydawał się potężny. Robin mógł mu przeciwstawić tylko swoją laskę. Mi natomiast, dostała się dziewczyna z amputowaną ręką, która tak jak bracia, wykazała się nie małą inteligencją.
   Trzeba umieć docenić wroga. To krok do zwycięstwa.
   Waliłam w dziewczynę z całej siły, bez litości, a ona we mnie, bez żadnych skrupułów. Nie raz wiłam się i jęczałam z bólu po jej uderzeniach, ale i mi udawało się odpierać jej ataki i solidnie przywalić jej kilkakrotnie. Walka między nami była więc, można powiedzieć, wyrównana.
   Gdy zaśmiała się z satysfakcja, po tym jak kolejny raz padłam na kolana, naprawdę się wściekłam. Otarłam krew cieknącą mi z nosa i wstałam.
   - To za to, że próbowałaś zabić mnie i moich przyjaciół! - wykrzyknęłam i uderzyłam w nią laserami.
   Otworzyła usta, by krzyknąć, ale nie zdążyła. Dostała strzał prosto w brzuch, odleciała parę metrów, uderzyła o metalowy grzbiet rakiety i zemdlała. Muszę ją z stąd zabrać, bo jeszcze spadnie. Mimo wszystko, nie chcę, żeby ktokolwiek zginął. Nawet jeśli jest tak podły. Ale najpierw muszę pomóż tym po mojej stronie.
   Rozgorączkowana rozejrzałam się w około i już miałam ruszyć na pomoc Raven, gdy kątem oka zobaczyłam połysk uniesionego wysoko do góry miecza.
   - Nie! - wydarłam się i rzuciłam się w stronę Heresa, ale już było za późno, by go powstrzymać. Miecz przejechał po twarzy Robina. Od prawego czubka czoła, przez łuk brwiowy, oko, nos, policzek, usta i brodę. Wszystko rozciął. Całą twarz. Naprawdę głęboko.
   Chłopak krzyknął z bólu. Skrył twarz w dłoniach, które po krótkiej chwili były całe zakrwawione,  i padł na kolana.
   Podbiegłam do Heresa. Złapałam go za ramię i gwałtownie odwróciłam przodem w moją stronę. Nie zdążył się nawet zorientować, o co chodzi, a moja pieść uderzyła centralnie w jego nos. Usłyszałam trzask łamanych kości, a z jego nosa trysnęła krew.
   Nawet nie drgnął. Wściekł się.
   Warknął i teraz on ścisnął mi, aż do skurczu ramiona i pchnął w bok nie puszczając. Upuścił miecz, który uderzył o podłoże. Zaczęliśmy się siłować. Z przerażeniem zauważyłam, że próbuje mnie zepchnąć z rakiety.
   Spojrzałam w jego ciemne oczy, niegdyś tak życzliwe, tak mi bliskie.
   - To nie musi się tak skończyć, Heres - powiedziałam przez zaciśnięte zęby, próbując chociaż nieznaczne, o parę centymetrów, oddalić się od krawędzi - Jeszcze nie jest za późno.
   - Za późno? - pchnął mnie mocniej. Byliśmy na samym skraju - Za późno, na co?
   - Na to, by się zmienić - wydusiłam - Być kimś lepszym. Tym kim byłeś. Być sobą...
   Urwałam. Heres przymiżdżył mnie do podłoża. Leżałam na krawędzi. Głowa już luźno mi zwisała, a wiatr targał włosy.
   - Ja nie chcę być sobą! - wykrzyknął trzymając mnie za nadgarstki, bym nie mogła się ruszyć. Uśmiechał się jak szaleniec, a w oczach miał łzy - Ja już nie jestem Heresem, jakiego znałaś, mówiłem ci. Ja już nim nie jestem!
   Zacisnął mi dłonie na szyi. Strach i trwoga zamroziły mi serce. On mnie dusił! Chciał mnie zabić!
Próbowałam odciągnąć jego ręce. Nic z tego. Były jak skały. Potężne, silne, nie do pokonania. Pomyśleć, że w tych rękach kiedyś odnajdywałam bezpieczeństwo, spokój i zrozumienie.
   Dławiłam się. Wydawałam z siebie dziwne odgłosy. Zbierało mi się na wymioty. Dusiłam się.
   Heres pochylił się nade mną. Czułam jego oddech na jego twarzy. Jego usta prawie stykały się z moimi.
   - Giń, Gwiazdko - wyszeptał.

niedziela, 14 września 2014

S.O.S CZĘŚĆ 15

   Już nie miałam w sobie tej zdumiewającej energii i siły, co wcześniej, dlatego banda Czarnej Jędzy pokonała mnie w krótkim czasie, właściwie bez większego wysiłku. Znokautowana i osłabiona leżałam na skraju dachu ich bazy, oddychając ciężko i czekając, aż mnie dobiją.
   W tej chwili przybiegli Tytani. Raven i Cyborg wcale nie wyglądali lepiej niż Robin, a Bestia... Bestia leżał nieprzytomny w rękach Cyborga. Czy on żyje? Wtedy padł jako pierwszy, jego serce najdłużej nie pracowało. Modliłam się, żeby żył.
   Raven i Robin rzucili się na przeciwników, a Cyborg podbiegł do mnie i położył przede mną Bestię.
   - Zajmij się nim - przykazał.
  Nie miałam nawet czasu, by wyznać, jak bardzo się cieszę, że go widzę, bo odbiegł i dołączył do Robina i Raven.
   Delikatnie położyłam głowę Bestii na kolanach. Widziałam jak jego klatka piersiowa unosi się i opada w prawidłowym tempie. Odetchnęłam z ulgą i nadgarstkiem otarłam samotną łzę spływającą mi po policzku. Czyli żyje. A jednak. Udało się. Wszyscy moi przyjaciele żyją, a jeszcze kilkanaście minut temu, wydawało mi się, że straciłam ich na zawsze.
   - Bestio - powiedziałam cicho głaszcząc go delikatnie po głowie - Bestio, obudź się, proszę. Potrzebujemy cię.
  Chłopak zmarszczył brwi. Skrzywił się, przekręcił głową i dopiero wtedy otworzył oczy. Spojrzał w moje, a ja w jego. Zaśmiałam się i uścisnęłam go.
   - Co się stało? - zapytał słabym głosem.
   - Później ci wszystko wyjaśnię - powiedziałam odsuwając się od niego - Musimy ich pokonać - wskazałam na bandę walczącą z pozostałymi Tytanami.
   Bestia zdecydowanie kiwnął głową i jakby nigdy nic, rzucił się do ataku. Ja ruszyłam tuż za nim.
   Walka trwała długo. Wydawać by się mogło, że naprawdę wygrywamy to starcie. Ale to było błędne stwierdzenie. Kątem oka, walcząc z jednym z bliźniaków, zauważyłam jak rakieta przygotowuje się do startu.
   - Uwaga! - krzyknęłam ostrzegawczo do pozostałych, wskazując na bombę.
Robin zrobił rozbieg, odbił się od podłoża dachu i wskoczył na nią.
   - Tytani, za mną! - wykrzyknął.
   Biegiem ruszyłam w jego kierunku. Nie mogłam latać. Tutaj też było to pole siłowe. Oczywiście... Rakieta odpaliła i zaczęła się unosić do góry. Rzuciłam się i zapewne nie udałoby mi się doskoczyć, gdyby Cyborg nie złapał mnie w ostatniej chwili za nadgarstek. Spojrzałam w górę. Uśmiechnął się do mnie, pomagając mi się wciągnąć na maszynę.
   - Już mnie nie powstrzymacie! - skrzeczała Czarna Jędza - Bomba uderzy w ziemię za pięć minut. Wszystko i wszyscy zginą w promieniu dwustu kilometrów! Razem z wami! Ekipa, zakładać kamizelki ratunkowe i spadochrony. Przygotować się do ewakuacji. A nawet jeśli nam się nie uda, ja i moi wspólnicy mamy wszczepione specjalne chipy, które pozwolą nam przeżyć. Czyli innymi słowy, nie macie szans, dzieciaczki!
   Zauważyłam, że prócz jej i nas całej drużynie udało się wskoczyć na rakietę. Mam nadzieję, że nie przyspieszy. I tak z trudem się na niej utrzymujemy. Poza tym, możemy potrzebować trochę czasu.
   - Nie mów hop, póki nie przeskoczysz - powiedział Robin, po czym dodał: - Tytani, wio!


    Może jakiś komentarz, by się przydał? Ten blog istnieje już miesiąc i ma zero komentarzy. Proszę o chociaż jeden. Chcę wiedzieć, jak się Wam podobają moje opowiadania ;)

sobota, 13 września 2014

S.O.S CZĘŚĆ 14

   Coś uderzyło w kulę i odbiło ją. Poleciała na sam koniec sali, uderzyła o ścianę, po czym opadła. Powoli uniosłam wzrok. Szczęka znów zaczęła mi drgać, a łzy ponownie zalały oczy. Czy to możliwe? Czy ja już umarłam
   Robin stał przede mną. Nie patrzył na mnie, stał tyłem. Przodem do dziewczyny z pistoletem. Otworzyła szeroko usta. Była zbita z tropu. Nie tylko ona.
   Patrzyłam z podziwem, wciąż nie dowierzając, jak Robin z nią walczy. Była silna, ale nie na tyle, by zwyciężyć pojedynek. Robin rozłożył ją na łopatki. Po kilkudziesięciu sekundach opadła na ziemię tracąc przytomność.
   Wstałam powoli nie odwracając wzroku od Robina, podeszłam i delikatnie wzięłam jego twarz w dłonie, chcąc się upewnić, że to prawdziwy on, a nie jakieś chore złudzenie. Był blady jak ściana, ale uśmiechał się do mnie promiennie.
   Po chwili, kiedy już pozbyłam się wszelkich wątpliwości, na mojej twarzy też zakwitł szeroki uśmiech. Coraz większy, większy... Ze śmiechem rzuciłam mu się na ramiona, obejmując go w pasie aż za mocno.
   - Robin - łkałam - Ty żyjesz... - poklepał mnie po plecach, a ja się odsunęłam - Jak się czujesz?
   - Nieważne - odpowiedział - Musimy działać, Gwiazdko.Biegnij na dach i spróbuj ich powstrzymać. Ja spróbuję obudzić resztę - spojrzałam na nieprzytomnych Raven, Bestię i Cyborga. Czy oni też żyją? Błagam, niech to będzie prawda. Znów odrodziła się we mnie nadzieja.
   Robin miał rację. Nie mogłam tu zostać. Uścisnęłam jego dłoń, na wszelki wypadek. Nie wiadomo, co będzie dalej. Wybiegłam z sali i ruszyłam w stronę pierwszego miejsca, gdzie mogła stać bomba, jakie mi przyszło do głowy. Na dach.
   Dobry wybór. Dotarłam na niego w momencie, kiedy Czarna Jędza wyszła z olbrzymiej białej rakiety, będącej zapewne bombą. Na mój widok wbiło ją w podłogę.
   - Zabiłaś ich? - wykrztusiła po chwili.
Pokręciłam głową patrząc na nią złowrogo.
   - Ja nie zabijam ludzi - powiedziałam zimno, po czym wykrzyknęłam: - w przeciwieństwie do ciebie!
   Wystrzeliłam w nią lasery. Znów udało się jej odskoczyć. Podniosła się z podłogi i zmierzyła mnie rozwścieczona, po czym rzuciła się w moją stronę.
   Zaczęła się walka. Czarna Jędza była silna. Zbyt silna. W starciu z nią miałam mniejsze szanse, niż jej pomocniczka, która przed chwilą przegrała z Robinem. Teraz jeszcze się trzymam i odpieram jej ataki, ale długo nie dam jej rady. Błagam, Robin, przyjdźcie już...
  Ale zamiast Robina i pozostałych Tytanów przyszedł kto inny. Wspólnicy Jędzy. Bracia, Bruke, dziewczyna i Heres. W ogóle ich nie skrzywdziłam. Nie wyglądali na zbyt osłabionych, by walczyć. Wręcz przeciwnie. Byli w o wiele lepszej kondycji niż ja. Wszyscy rzucili się na pomoc swojej szefowej.

piątek, 12 września 2014

S.O.S CZĘŚĆ 13

   To było tak, jak po porwaniu Bestii, tylko kilkadziesiąt razy mocniej. Rozpacz przerodziła się w gniew. Rozsadzał mnie całą od środka. Uniosłam się do góry. Poczułam wiatr we włosach. Wszystko w około zaczęło się trząść. W dłoniach zaczęła potęgować mi się siła. Moja moc.
   - Nie mieliście do tego prawa! - ryknęłam niespodziewanie.
Strzeliłam potężną dawką laserów w dźwignię. Rozwaliłam ją. Strzeliłam w szybę. Rozbiłam ją. u.
Wszystkim uśmiech zeszły z twarzy i powoli zaczęli się cofać.
   - Nikt nie miał do tego prawa!!! - wykrzyknęłam i rzuciłam laserami w ich stronę. Zdążyli odskoczyć.
   - Uciekamy? - zapytał Jędzę jeden z braci.
   - Nie - zaprzeczyła twardo nie spuszczając ze mnie oczu - Bierzcie ją. Ja idę przygotować rakietę do startu.
   Wybiegła z sali, a pozostali mnie otoczyli. Nie wyglądali jednak na tak pewnych siebie, jak przed paroma minutami.
   Jest źle. Bardzo źle, ale muszę pamiętać jaki jest cel misji i na chwilę zapomnieć o tym, co się przed chwilą wydarzyło. Nie mogę dopuścić do wybuchu bomby.
   - Zapłacicie mi za to! - wpadłam w furię i strzelałam laserami gdzie popadnie, nie zważając na nic.
   Walka nie trwała długo. Po minucie wszyscy leżeli nie przytomni na podłodze. Ale ja wcale nie czułam się lepiej. Misja, bomba... Nie.. Nie mogę...
   Znów padłam na ziemię. Chwyciłam się zaciśniętymi w pięści rękoma za głowę i zaczęłam kołysać się w przód i w tył, w przód i w tył.
   Cyborg, Robin, Bestia, Raven. Cyborg, Robin, Bestia, Raven. Cyborg, Robin, Bestia, Raven...
   Nagle coś usłyszała. Serce mi zamarło i natychmiast przestałam płakać. Ktoś załadował broń. Wprowadził kulę do tunelu w pistolecie. Powoli podniosłam głowę.
   Zapomniałam. Zapomniałam o niej...
   Dziewczyna z amputowaną ręką stała przede mną cała i zdrowa. Uśmiechnęła się triumfalnie i nacisnęła na spust.
   Ponownie tempo spowolniło, specjalnie, abym mogła zrozumieć, co się dzieje i co stanie się za chwilę. Żebym mogła o wszystkim pomyśleć, nic nie dać rady zrobić.
   Kula zbliżała się do mojej głowy. Wiedziałam, że jest już za późno. Nie zdążę pochylić się i uniknąć śmiertelnego pocisku. Nie uda mi się. Kula wbije mi się w głowę. Dołączę do przyjaciół.
   Zgadzam się.
   Przegrałam. Okazałam się nikim. Umrę.
   Zgadzam się. Zgadzam się. Zgadzam się.
   Umrę. Bomba zostanie zrzucona przeze mnie. Przeze mnie zginą tysiące, a później jeszcze więcej. Doprowadzę do zagłady.
   Ostatnia chwila mojego życia.
   Nie. Nie zgadzam się.    

czwartek, 11 września 2014

S.O.S CZĘŚĆ 12

      Czarna Jędza odrzuciła mnie, odwróciła na pięcie i stanęła zadowolona przed swoją drużyną, by teraz napalać się moją słabością. Dławiłam się płaczem. To nie jest normalne. To nie dzieje się na prawdę. 
   Z trudem uniosłam głowę. Nie chciałam tego widzieć, ale w głębi duszy, wciąż miałam nadzieję, że nic złego się nie stanie, że to się skończy, moi przyjaciele uwolnią się w jakiś sposób i przeżyją.
   Przez łzy zobaczyłam, jak Bestia pada na ziemię. Raven podbiegła do niego i wzięła na kolana krzycząc coś do niego i szarpiąc. Bez skutku. Spojrzałam na ekran. Trzy. Tylko trzy. Bestia umarł.
    Zaczęłam się rwać, gryźć i kopać Bruke'a. Nic z tego.
   - Skończ! - ryknęłam w stronę Jędzy - Nie rób tego!   
   Robin rzucił się na szybę i zaczął gorączkowo tłuc w nią laską. Wiedziałam, że skoro nie udało mu się jej wcześniej rozsadzić, skoro wytrzymała lasery Cyborga, zaklęcia Raven, uderzenia Bestii zamienionego w najróżniejsze zwierzęta, to i teraz się nie uda.
   Już prawie nie widziałam nic, co dzieje się za szyba. Całe pomieszczenie było zagazowane. Ostatnie, co zobaczyłam, to Cyborg usuwający się na podłogę.
   Dwa. Trójka zamieniła się w dwójkę. Cyborg umarł.
   - Błagam.. - łkałam - Błagam cię... Tylko nie to... ja... błagam...
Płacz całkowicie odebrał mi mowę. Wciąż jednak próbowałam uwolnić się z silnego i bolesnego uścisku Bruke'a. Ale straciłam już wszystkie siły.
    Teraz już nic nie mogłam zobaczyć. Widziałam tylko Robina, który się nie poddawał i wciąż próbował stłuc szkło. Pokręciłam głową. Nie uda mu się...
   Jesteśmy tacy bezbronni. Przegraliśmy.
   Dwójka znikła, a w jej miejsce pojawiła się jedynka. To Raven. Właśnie straciłam Raven.
   Jędza wybuchnęła śmiechem, a reszta za nią. Jak maszyny. Na prawdę to ich bawi? Śmierć i cierpienie? Jak można być, aż tak podłym?
   - Skończ!!! - ryczałam wniebogłosy, rzucając się niczym opętana - SKOŃCZ!!!
   Jedynka na ekranie zaczęła mrugać. Znikała i pojawiała się z powrotem. To koniec... Nie uda mu się... Nie ma szans.
   Spojrzałam, z wielkim bólem serca, by zobaczyć jak tracę ostatniego mojego przyjaciele. Robin wypuścił laskę z dłoni i powoli zaczął się osuwać. Patrzyłam przez łzy jak opada. Widziałam to jak w spowolnionym tempie. Jedynka mrugnęła ostatni raz i zniknęła.
   Na ekranie pojawiło się wielkie zero.
   Wielkie zero, Nic. Pustka. To właśnie poczułam w swoim sercu. 
   Jędza chyba coś powiedziała, bo Bruke mnie puścił, ale tego nie usłyszałam. Nic nie słyszałam. Tylko ich śmiechy, radosne rozmowy. Nic nie widziałam. Tylko ich uśmiechnięte, rozpromienione twarze. Już nigdy tego nie usłyszę. Nie zobaczę...
   Powoli opadłam na kolana. To nie może być prawda. To nie mogło się tak skończyć. Teraz zostałam sama. Naprawdę sama.

środa, 10 września 2014

S.O.S CZĘŚĆ 11

     Czarna Jędza odwróciła się do mnie przodem.
   - Miałam zamiar zabić was wszystkich razem  - powiedziała przechadzając się powoli po pomieszczeniu - Ale skoro doszłaś tak daleko... - spojrzała mi w oczy, a ja zesztywniałam - Jeszcze troszkę pocierpisz. Chcę to widzieć. Chcę widzieć, jak widzisz jak twoi przyjaciele umierają.
   Przez dłuższą chwilę nie mogłam nic powiedzieć, więc patrzyłam tylko na nią, próbując przetrawić to, co właśnie usłyszałam. Szczęka niepohamowanie mi się trzęsła, a po policzkach spływały łzy.
   - Po co ci to? - udało mi się w końcu odezwać. Głos miałam zachrypnięty, niemal niesłyszalny. Spojrzałam błagalnie na Heresa, ale on tylko szerzej się uśmiechnął, najwyraźniej usatysfakcjonowany moją bezradnością.    
   - Bruke, bierz ją - rozkazała Czarna Jędza, a Bruke, czyli puma, podszedł do mnie i zanim zdążyłam się przeciwstawić, objął mnie swoimi wielkimi ramionami, wygiął moje ręce do tyłu, zmienił się w goryla i przytrzymał tak, że nie mogłam się w ogóle ruszyć.
   Jęknęłam cicho z bólu, ale wciąż mierzyłam wściekłym wzrokiem Czarną Jędzę. Ona nie może tego zrobić. Nie może...
   Uśmiech zszedł jej z twarzy. Teraz pojawiła się na niej nienawiść. Podeszła do maszyny stojącej pod ścianą i nie spuszczając ze mnie oczu, pociągnęła za ciężką dźwignię.
   Powoli odwróciłam głowę i spojrzałam za szybę. Z małych otworków w ścianach zaczął wylatywać zielony gaz. Gaz... To trucizna! Zabije moich przyjaciół!
   - Skończ! - wydarłam się i próbowałam się wyszarpać, ale Bruke tylko mocniej mnie do siebi przyciągnął - Przestań! Wyłącz to!
   Cyborg, Besia, Robin i Reven zaczęli zapychać otwory, czym tylko mogli, ale ich było za dużo. Nie mieli szans.
   - Głupcy - prychnęła Jędza, a pozostali zgodnie zawtórowali jej cichym śmiechem. Bruke trząsł się, gdy rechotał - To nic wam nie da! - wykrzyknęła tak, by usłyszeli ją za szybą i zaśmiała się podle, po czym odwróciła się do towarzyszy - Zakładamy się? - zapytała.
   - Ta dziewczyna padnie pierwsza - odpowiedział jeden z bliźniaków po chwili namysłu.
   - Nie - zaprzeczył jego brat - Pierwszy będzie ten zielony, a ostatni będzie robot.
   - Z skąd! - zaśmiał się Heres i popatrzył na mnie - Gwiazdka za chwilę się podda i się na tu przewróci, za nim tam cokolwiek się wydarzy.
W odpowiedzi cała szóstka wybuchnęła śmiechem. Spojrzałam na Jędzę.
   - Nie możesz tego zrobić - łkałam, wciąż nieskutecznie próbując się uwolnić - Nie możesz ich zabić...
   - Ależ owszem, mogę - zaszydziła. Wyszczerzyła wszystkie zęby w okrutnym uśmiechu - A teraz instrukcja obsługi. Spójrz na ekran - wskazała na mały monitor na ścianie nad dźwigną. Widniała na nim cyfra "cztery" - Za każdym razem, gdy któremuś z twoich przyjaciół przestanie pracować serce, cyfra się zmniejszy...
   - Uwolnij ich! - przerwałam jej, rzucając się w uścisku potężnego goryla stojącego za moimi plecami - Natychmiast!
Twarz jej sposępniała.
   - To ja tu jestem od zadawania rozkazów - warknęła. Podeszła i chwyciła mnie za brodę, naciągając mnie do niej. Nasze twarze prawie się stykały -Jak skończę z nimi, zabiorę się za ciebie - wycedziła tak cicho, że ledwo ją usłyszałam. Nie mogłam powstrzymać szlochania - Co powiesz, Gwiazdko, na przywiązanie cię do bomby?

wtorek, 9 września 2014

S.O.S CZĘŚĆ 10

     - A oto i ona - odezwała się kobieta stojąca w kącie pokoju. Była wysoka i miała na sobie długą, czarną pelerynę. To musi być ich przywódczyni. Czarna jędza, o której mówił tamten mężczyzna. Twarz miała skrytą w cieniu, jaki rzucał kaptur na jej głowie - Doba robota, Gwiazdko - nie zdziwiłam się, że zna moje imię - Uwolniłaś tych ludzi. A teraz niespodzianka: byli tylko przykrywką. Mieli tylko was tutaj ściągnąć...
  - Nieudana niespodzianka - przerwałam jej - Już się o tym dowiedziałam.
  Przyglądnęłam się pozostałym. Dwójka niskich chłopaków, identycznych, dziewczyna z jedną amputowaną ręką, czarna puma, ta która nas zaatakowała, zmieniająca się w ciemnoskórego mężczyznę. Musiał mieć takie same zdolności jak Bestia. I jeszcze jeden chłopak. Chłopak, którego znałam.
   Miał na sobie kostium obowiązujący podczas świąt na Tamaran. Blond włosy, rozczochrane na wszystkie strony i wielkie ciemno brązowe oczy. Chodziłam z nim przez kilka lat do szkoły. Byliśmy najlepszymi przyjaciółmi.
   - Heres... - wyszeptałam - Co ty tu robisz? Z nimi...?
Heres zaśmiał się cicho. Spojrzał na mnie tak, że aż przeszył mnie dreszcz i obdarzył paskudnym uśmiechem. Wszyscy wykrzywili usta w tym grymasie.
   - Już nikt mnie tak nie nazywa - powiedział. Jego głos nie brzmiał już tak ciepło i łagodnie, jak dawniej. Był zimny i pusty - Teraz jestem Krwawa Łapa. A to jest mój zespół - rozłożył ręce i z triumfem rozejrzał się po wspólnikach.
   Pokręciłam głową z niedowierzaniem. Nie. To nie może być prawda. Nie on...
   - Jak mogłeś? - głos mi się łamał.
   - Ziemia zawsze mnie irytowała. Nie mówiłem ci nigdy? Dziwne... Tak często ze sobą rozmawialiśmy...
   Czy on się ze mną droczy? Dlaczego to robi? Nie mogę w to u wierzyć. Heres, w którego ramionach zawsze znajdywałam wsparcie, zrozumienie, pocieszenie? Przy, którym zawsze czułam się bezpieczna, akceptowana? Przy, którym mogłam być zawsze sobą? Bo tylko on mógł wytrzymać moje szaleństwa i wygłupy, bo sam zachowywał się tak samo. Na Tamaran, był moim największym przyjacielem i sojusznikiem. A teraz okazuje się, że jest moim wrogiem.
   - Cóż, pomyślałem, że z tymi oto ludźmi, zniszczę tę planetę, zanim zaatakuje nasz Tamaran i dojdzie do wojny, której nie mielibyśmy szans przetrwać - kontynuował, napalając się moją rozpaczą - Ty też powinnaś...
   - Nie! - wykrzyknęłam. Łzy zalały mi oczy - Ty nie nie wiesz. Nie wiesz jaka jest ta planeta. Ci ludzi...
Heres pokręcił głową i uniósł dłoń, uciszając mnie.
   - Naiwna jak zawsze - parsknął - Nie, Gwiazdko. To ty nic nie wiesz. Z resztą, bez znaczenia. Zniszczymy Młodych Tytanów, a potem całą tę głupią planetę.
Otarłam łzę z policzka.
   - Po moim trupie - warknęłam patrząc na niego gniewnie - Gdzie oni są?
   - Ojej - wtrąciła się Czarna Jędza. Zdjęła kaptur i zobaczyłam jej twarz, całą porytą bliznami. Uśmiechnęła się tak jak reszta, wychodząc z cienia - Dziewczynka, chce zobaczyć ostatni raz swoich przyjaciół? To na prawdę smutne... Ależ oczywiście, że się na to zgodzę.
  Jej oczy zabłysnęły i uniosła wysoko głowę. Zacisnęłam pięści. Cała się trzęsłam. Czarna Jędza podeszła do ściany i zaczęła powoli, zdecydowanie specjalnie, podnosić żaluzję. Patrzyłam w napięciu, a gdy skończyła, zobaczyłam ich.
   Cyborg, Raven, Robin i Bestia. Wszyscy stali za szklaną szybą. Tłukli w nią z całej siły próbując się uwolnić i coś krzyczeli, ale nic nie było słychać. Domyśliłam się, że każą mi uciekać. Ale ja nie mogłam się ruszyć.  

piątek, 5 września 2014

S. O. S CZĘŚĆ 9

     Pod ścianą stał jakiś starszy mężczyzna i nie wyglądał jakby kwapiło mu się do ucieczki.
   - Niech się pan pospieszy! - ponagliłam go ręką.
   - To nie możliwe - pokręcił głową wciąż się nie ruszając - Udało wam się wydostać?
   - Co? - ściągnęłam brwi - O czym pan mówi?
   - Widziałem jak prowadzili jednego z was - tłumaczył - Myśleliśmy, że was złapali i już po nas.
Podbiegłam i ścisnęłam mu jego chude, kościste ramiona tak mocno, że na pewno go to zabolało. Ale nie zawracałam sobie tym głowy.
   - Wiesz gdzie są moi przyjaciele? - zapytałam z nie skrywaną radością.
Mężczyzna wydawał się lekko zaniepokojony moim zachowaniem. Co mogłam poradzić? Tak bardzo chciałam ich znów zobaczyć. Żywych.
   - Chyba na drugim piętrze ich przetrzymują - powiedział - sala 208? Chyba tak. Posłyszałem jak coś tu mówili między sobą.
   - Kto? - zapytałam krążąc oczami po jego pomarszczonej twarzy - Kto mówił?
   - Ci porywacze - odparł oschło - To banda łotrów.
   - Wielu ich jest?
   - Przynajmniej sześcioro. Na czele z Czarną Jędzą...
   - W wiadomości pisaliście, że mają złowrogi plan - mówiłam szybko. Każda sekunda się liczy - O co chodzi, wiecie?
   - Pewnie - parsknął - Z wielkim entuzjazmem zdradzili nam plan zrzucenia bomby na Nowy Jork.
   - Słucham? - zamurowało mnie.
Mężczyzna potaknął zrezygnowany.
   - Tak chcą zrobić. Ta bomba ma naprawdę potężny zasięg rażenia. Oni nie żartują. Widziałem ją na własne oczy, a kiedyś przez długie lata pracowałem w wojsku, więc znam się trochę na broni. Jest na prawdę groźna.
   Ręce mi opadły i poczułam na sobie coś ciężkiego. Tylko nie to... Taki est więc ich plan. Muszę działać. Natychmiast.
   - Po prostu czekali na was - dopowiedział staruszek - Żeby was zniszczyć najpierw.
Ponownie poczułam jak krew pulsuje mi w żyłach.
   - Niech pan dołączy do pozostałych - rzuciłam jeszcze wybiegając z aresztu - Dziękuję!
   Pędziłam korytarzem, schodami. Tutaj już mogłam swobodnie latać. Sala 208, 208. Gdzie ona jest? 205, 206, 207... Tak! 208! To tutaj.
   Z całej siły pchnęłam drzwi i stanęłam w progu dysząc ciężko. Nie widziałam tam moich przyjaciół, ale byli tam porywacze. Wszyscy. Tak też dobrze. Teraz stłukę ich na kwaśne jabłko.


Trochę krótko, ale musicie mi wybaczyć. W roku szkolnym będę dodawać posty trochę rzadziej nie będą za długie. Wy też pewno nie macie zbyt dużo czasu na czytanie. Ale raz w tygodniu, będzie się tu coś pojawiać. Jak się uda to częściej. Swoją drogą, może jakiś komentarz by mnie zmotywował? Jak znacie jakieś miejsce, gdzie można by zareklamować mojego bloga, to proszę zróbcie to. Ja już nie wiem, gdzie mam zdobyć chociaż odrobinę więcej czytelników... Nawet nie wiem, czy mam pisać do WAS, czy do CIEBIE... Jestem załamana, patrząc na dzienne wyświetlenia i po dziesięć komentarzy do jednego pasta na innych blogach z opowiadaniami o Młodych Tytanach. Moje są naprawdę, aż tak złe...?
    

poniedziałek, 1 września 2014

S.O.S CZĘŚĆ 8

    Patrzyłam jak Bestia z krzykiem spada w dół. Też krzyczałam i płakałam, ale już nic nie mogłam zrobić. Za chwilę, za kilka krótkich sekund, uderzy o ziemię i na moich oczach zginie.
   Wtem coś czarnego, zupełnie bez kształtu, z zawrotną szybkością wyleciało z dżungli. Złapało Bestię nie całe dwa metry nad ziemią, w ostatnim momencie. Razem z nim, nawet nie spowalniając, odleciało i zniknęło w ta odległej jeszcze dla mnie bazie.
   Opadłam na kolana podpierając się trzęsącymi rękoma i wbiłam wzrok w ziemię. Oczy momentalnie zaszły mi mgiełką. Jedna łza, druga, trzecia. Spływały mi po gorących policzkach jedna po drugiej. Już dobrze, uspokój się. Bestia nie zginął. Mógł umrzeć, ale nie umarł. Nie, nie o to chodzi. Nie ma go tu ze mną, tak samo jak całej reszty. Zostałam sama.
   Sama nie dam sobie rady. Nie mam nawet o czym mówić. Nie dam i już. Zawsze działałam w grupie. Teraz to co innego. Teraz jestem sama.
   Co dzieje się z moimi przyjaciółmi? Co dzieje się z ludźmi, którzy nadali sygnał? Kto, albo co jest za to odpowiedzialny? Co oznacza "zniszczyć więcej niż tylko więźniów"? Czułam, że zaraz wybuchnie mi głowa. Z każdym pytaniem rodziło się kolejne. Na żadne z nich nie znałam odpowiedzi.
   Wtedy coś sobie uświadomiłam. Odpowiedzią byłam ja. Ja mam uratować pasażerów zaginionego samolotu, niewinnych ludzi. Ja mam uratować Cyborga, Raven, Robina i Bestię. Ja mam dowiedzieć się kto jest za to odpowiedzialny. Ja mam poznać jego plany. Ja mam go powstrzymać.
   Ścisnęłam w dłoniach pył, tak mocno, że zbielały mi kostki. Zacisnęłam usta, przygryzłam wargi. Spięłam wszystkie mięśnie. Wyprostowałam się powoli i z nienawiścią spojrzałam na bazę. Już nie byłam załamana. Byłam wściekła.
   Szłam godzinami, ale w ogóle tego nie czułam. Mijały minut, godziny. Nie zwracałam uwagi na upał dnia i mróz nocy. Nie czułam ukąszeń skorpionów. Nie obchodziły mnie. Nie obchodziło mnie nic, co działo się w okół. Ból, który czułam w całym ciele, co chwilowe upadki, potknięcia, poślizgi, osuwiska, zadrapania. Nic. Miałam przed oczami tylko swój cel i tylko on mnie obchodził. To dziwne, ale w ogóle nie czułam głodu i pragnienia. Czułam wyłącznie wściekłość. Zmobilizowała mnie. Zawładnęła wszystkim innym. Przeraźliwa, potężna wściekłość, jakiej jeszcze nigdy w życiu nie doznałam. Zdumiewająca. Zdominowała mnie całą. Od pięt do czubka głowy. Prowadziła mnie. Cały czas. Ani trochę się nie zmniejszając.
   Wędrowałam samotnie prawie trzydzieści godzin i w końcu dotarłam pod bazę. Zatrzymałam się i przyglądnęłam się jej. Była potężniejsza niż się zdawało, patrząc z daleka. A jednocześnie prawie w ogóle niewidoczna.
   Nie zdziwiłam się, gdy drzwi do środka otworzyły się bez problemu, gdy nacisnęłam na klamkę. Skoro porwali moich przyjaciół, będą chcieli i mnie. Czekają na mnie.
   Weszłam do środka. Nie było tam zbyt sympatycznie. Surowy wystrój, tylko najpotrzebniejsze, najpraktyczniejsze przedmioty. Szłam normalnie długim korytarzem. W czasie wspinaczki opracowałam wstępny plan działania. Najpierw znajdę tych ludzi i spróbuję się czegoś od nich dowiedzieć.
   Zgodnie z moimi podejrzeniami areszt znajdował się w piwnicy. Drzwi do niego, od mojej strony, były otwarte. Oczywiście. To specjalnie. Za łatwo mi szło, nie może to trwać zbyt długo.
   Popchnęłam mosiężne drzwi, które uderzyły o ścianę. Moim oczom ukazali się więźniowie. Wielki kamień spadł na moje serce, a ramiona mi opadły, widząc około trzydziestu ludzi, pogarbionych, skulonych przy zimnej ścianie. Wyrazy ich twarzy były takie smutne, zmęczone i zrezygnowane. A te blade twarzyczki dzieci, po których spływały łzy? Ci ludzie czekali na mnie. Unieśli głowy, a widząc mnie, w ich oczach znów zagościła radość i nadzieja.
   Łzy wzruszenia naszły mi do oczu.
   - To wy nadaliście sygnał S.O.S? - zapytałam głośno.Kiwnęli głowami i coś mruknęli. Nie którzy zaczęli cicho płakać ze szczęścia - Nie martwcie się - powiedziałam wyciągając nadajnik - Wzywam po was jednostki specjalne. Odwiozą was do domów. Jesteście bezpieczni.
   Kolejna fala płaczu i śmiechu. Wezwałam pomoc. Jakiś mężczyzna po drugiej stronie słuchawki powiedział, że przybędą za około czterdzieści minut.
   - Posłuchajcie mnie - próbowałam przekrzyczeć tłum - Pomoc już nadciąga. Wypuszczę was z budynku. Ruszajcie szybkim krokiem w dół i wypatrujcie helikopterów - szerzej uchyliłam drzwi - Szybko, pospieszcie się! - wykrzyknęłam - Nie ma czasu.
   Wszyscy się rzucili. Przepychali się w drzwiach. Każdy chciał jak najszybciej się wydostać.