środa, 17 września 2014

S.O.S CZĘŚĆ 17

   Przypomniało mi się coś. Zobaczyłam to. Mała dziewczynka bawiła się na placu zabaw. To ja. Mała ja. Czy ja przed kimś uciekam? Tak, chyba tak. Ale moment, śmieję się. To zabawa! Kryję się za drzewem i chichoczę. Ktoś wyskakuje z drugiej strony. Jakiś chłopiec. Rozczochrane blond włosy, ciemne duże ciepłe oczy. I ten uśmiech... Znam go! To przecież Heres! Oboje się śmiejemy. Przepychamy się, zwijając się przy tym ze śmiechu. Tak jak przed chwilą się siłowaliśmy, tylko że teraz robimy to dla zabawy. Dla frajdy. Przewróciliśmy się. Ależ świetnie się bawimy! Podaje mi rękę, pomaga mi wstać. Biegniemy ze śmiechem, urządzamy sobie mały wyścig. To Heres, mój przyjaciel...
   Mój były przyjaciel.
   Ostatnie tchnienie. Jeżeli mnie nie udusi, zrzuci mnie... Ostatnie tchnienie. Wówczas utonę w oceanie... Ostatnie tchnienie.
   Nie. Nie ostatnie.
   Przypomniałam sobie jak Raven z całej siły kopnęła atakującą ją pumę i odepchnęła ją od siebie. Strach zniknął. Ustąpił miejsce kolejnej fali wściekłości.
   Powtarzam ruch przyjaciółki. Z wysiłkiem kopię Heresa w dół brzucha, tak mocno, jak tylko mogę. Chłopak puszcza moją szyję i z jękiem chwyta się za brzuch. Podnosi na mnie gniewny wzrok, ale ja już zdążyłam wstać, wykorzystując chwilę jego nieuwagi. Ciągnę go za koszulę i siłą stawiam na nogi. Przyciągam blisko do siebie. Teraz ja mam przewagę.
   - Skoro nie chcesz się zmienić, zapłacisz za swoje pomyłki - wycedziłam celowo plując mu w twarz przy następnym słowie: - W więzieniu.
   Ponownie zaczęliśmy się siłować. To nie trwało długo. Chciałam go tylko przewrócić i pozbawić przytomności na parę minut. Przysięgam. Tylko tyle chciałam...
   Ale wydarzyło się coś innego. Coś strasznego. Coś co będę pamiętać już do końca życia. Coś o czym będę śniła po nocach. Coś co okaże się jedną z najgorszych rzeczy jakie kiedykolwiek zrobiłam.
   Obracaliśmy się w około. Heres próbował mnie zepchnąć, już prawie mu się udało, ale wtedy ja pchnęłam go mocno i okręciłam. Wówczas on się potknął. Puścił moje ramiona, stracił równowagę i... spadł.
   - Heres! - wykrzyknęłam wyciągając ręce, by go złapać, ale nie zdążyłam. Spróbowałam latać, unieść się w górę i go złapać, ale nie. Na obszarze całej rakiety było to przeklęte pole siłowe.
   Opadłam na kolana i bezradna patrzyłam jak spada. Najgorsze było jednak to, że gdy spojrzałam w jego oczy nie zauważyłam gniewu, wściekłości, żalu, chęci zemsty, nienawiści czy czegoś, co znaczyłoby, że żałuje swoich czynów, że nie chce skończyć w ten sposób. Nic. W jego oczach nic nie zauważyłam. Pustka.
   Robił się coraz mniejszy i mniejszy. Byłam zbyt wysoko, by zobaczyć jak z wielkim rozpędem uderza o wodę i wpada do niej.
   I umiera.
   Załamałam się. Oczy zaszły mi mgiełką. Objęłam się w pasie i pochyliłam do przodu. Łzy kapały po kolei na metal. Zacisnęłam usta.
    Zabiłam go. To ja go zabiłam.
    W uszach brzmiały mi dopiero co wypowiedziane przeze mnie słowa: "Ja nie zabijam ludzi".
Teraz to zdanie całkowicie straciło sens. Właśnie zabiłam. Własnego przyjaciela. Znów wspomnienie naszych wspólnych zabaw. Znów kolejna łza.
    Zrobiło mi się przykro, gdy zabiłam pająka. A co dopiero teraz?
    Rozpłakałam się. Jestem potworem.
   Nie zdążyłam się zorientować, co się dzieje. Najpierw zobaczyłam cień. Dopiero po chwili doszło do mnie, że ktoś stoi nade mną z uniesionym do góry mieczem.
    Gwałtownie się odwróciłam i uniosłam ręce w obronnym geście, ale... nic więcej.
    Bruke wbił mi miecz Heresa pod lewą pierś. Głęboko, głęboko... Bardzo głęboko.
    Wydałam z siebie zduszony okrzyk. Źrenice mi się rozszerzyły. Przeraźliwy ból, jakiego jeszcze nigdy w życiu nie doznałam, przeszył moje ciało.
     Bruke z szyderczym uśmiechem wyjął miecz, tylko potęgując ból i odbiegł do kogoś innego.
     Przez moment nic nie słyszałam. Tylko własny krzyk. Nie wiem czy naprawdę krzyczałam, czy tylko mi się to zdawało. Zakręciło mi się w głowie i poczułam silne mdłości. Przyłożyłam ręce do rany i poczułam krew przelewającą mi się przez palce. Była ciepła. Obrzydliwie ciepła. Nawet nie chciałam na to patrzeć.
    Z otępienia wyrwał mnie krzyk Robina. To jeszcze nie koniec. Bomba... Podniosłam głowę. Robin stał przy drzwiach do pokoju kontrolnego. Widziałam go jak przez mgłę i słyszałam, jakbym była w wodzie.
    - Raven! Gwiazdka! Szybko! - machał do nas ręką - Osłaniajcie mnie!
I otworzył drzwi i zniknął. Za nim wbiegła Raven.
   Muszę się skupić. Skupić... Skup się, Gwiazdko. To już prawie koniec. Musisz dać sobie radę. Dasz sobie radę, dasz radę...
   Mgła zniknęła. Przyłożyłam do rany jakiś materiał. Nie wiem jaki i z skąd go wzięłam Musiałam zahamować krwotok. Wstałam. Zachwiałam się, ale udało mi się odzyskać równowagę. Dam sobie radę.
Pobiegłam do pokoju kontrolnego.
   Miałam szczęście. Gdy tam przybiegłam Czarna Jędza leżała już nie przytomna pod ścianą. Przynajmniej ją mam z głowy. Robin podbiegł do komputera.
    - Spróbuję to zatrzymać - oznajmił. Spojrzałam na jego twarz i aż mnie cofnęło. Cała, absolutnie całą, miał zakrwawioną, a w poprzek na całej jej długości miał naprawdę głęboką dziurę - Ale jeśli mi się uda... - zawahał się - Wpadniemy do wody.
    - Rób z tym! - rzuciła Raven. Też była solidnie posiniaczona i podrapana. Pod lewym okiem ktoś nabił jej porządną śliwę, a wargę miała rozbitą i spuchniętą - My cię osłaniamy.
    Do sali wbiegli Bestia i Cyborg i zaczęli wnosić do pokoju nieprzytomnych wspólników Jędzy. Spojrzałam w okno. Zbliżaliśmy się do lądu. Widziałam maleńką Statuę Wolności na horyzoncie. Nie zdążyliśmy nawet zarządzić ewakuacji. Ale gdyby nam się jednak udało, i tak cywile nie zdążyli by uciec na dostateczną odległość.
    - Robin, szybciej! - pisnęłam.
    - Staram się! - bił chaotycznie w przyciski na klawiaturze.
    Zacisnęłam pięści. Zbliżamy się. Zbliżamy. Jesteśmy coraz bliżej, bliżej, bliżej...
    Robin coś naciska. Maszyna zaczyna spadać z zawrotną szybkością w dół, obracając się przy tym o 360 stopni. Słyszę krzyk i sama krzyczę. Spadamy. To znaczy, że... bomba nie wybuchnie! Ziemia uratowana!
    A jednak się udało.
    Udało się.
    To ostatnia myśl, jaka przelatuje mi przez głowę. Potem z potężną siłą uderzamy w wodę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz