poniedziałek, 1 września 2014

S.O.S CZĘŚĆ 8

    Patrzyłam jak Bestia z krzykiem spada w dół. Też krzyczałam i płakałam, ale już nic nie mogłam zrobić. Za chwilę, za kilka krótkich sekund, uderzy o ziemię i na moich oczach zginie.
   Wtem coś czarnego, zupełnie bez kształtu, z zawrotną szybkością wyleciało z dżungli. Złapało Bestię nie całe dwa metry nad ziemią, w ostatnim momencie. Razem z nim, nawet nie spowalniając, odleciało i zniknęło w ta odległej jeszcze dla mnie bazie.
   Opadłam na kolana podpierając się trzęsącymi rękoma i wbiłam wzrok w ziemię. Oczy momentalnie zaszły mi mgiełką. Jedna łza, druga, trzecia. Spływały mi po gorących policzkach jedna po drugiej. Już dobrze, uspokój się. Bestia nie zginął. Mógł umrzeć, ale nie umarł. Nie, nie o to chodzi. Nie ma go tu ze mną, tak samo jak całej reszty. Zostałam sama.
   Sama nie dam sobie rady. Nie mam nawet o czym mówić. Nie dam i już. Zawsze działałam w grupie. Teraz to co innego. Teraz jestem sama.
   Co dzieje się z moimi przyjaciółmi? Co dzieje się z ludźmi, którzy nadali sygnał? Kto, albo co jest za to odpowiedzialny? Co oznacza "zniszczyć więcej niż tylko więźniów"? Czułam, że zaraz wybuchnie mi głowa. Z każdym pytaniem rodziło się kolejne. Na żadne z nich nie znałam odpowiedzi.
   Wtedy coś sobie uświadomiłam. Odpowiedzią byłam ja. Ja mam uratować pasażerów zaginionego samolotu, niewinnych ludzi. Ja mam uratować Cyborga, Raven, Robina i Bestię. Ja mam dowiedzieć się kto jest za to odpowiedzialny. Ja mam poznać jego plany. Ja mam go powstrzymać.
   Ścisnęłam w dłoniach pył, tak mocno, że zbielały mi kostki. Zacisnęłam usta, przygryzłam wargi. Spięłam wszystkie mięśnie. Wyprostowałam się powoli i z nienawiścią spojrzałam na bazę. Już nie byłam załamana. Byłam wściekła.
   Szłam godzinami, ale w ogóle tego nie czułam. Mijały minut, godziny. Nie zwracałam uwagi na upał dnia i mróz nocy. Nie czułam ukąszeń skorpionów. Nie obchodziły mnie. Nie obchodziło mnie nic, co działo się w okół. Ból, który czułam w całym ciele, co chwilowe upadki, potknięcia, poślizgi, osuwiska, zadrapania. Nic. Miałam przed oczami tylko swój cel i tylko on mnie obchodził. To dziwne, ale w ogóle nie czułam głodu i pragnienia. Czułam wyłącznie wściekłość. Zmobilizowała mnie. Zawładnęła wszystkim innym. Przeraźliwa, potężna wściekłość, jakiej jeszcze nigdy w życiu nie doznałam. Zdumiewająca. Zdominowała mnie całą. Od pięt do czubka głowy. Prowadziła mnie. Cały czas. Ani trochę się nie zmniejszając.
   Wędrowałam samotnie prawie trzydzieści godzin i w końcu dotarłam pod bazę. Zatrzymałam się i przyglądnęłam się jej. Była potężniejsza niż się zdawało, patrząc z daleka. A jednocześnie prawie w ogóle niewidoczna.
   Nie zdziwiłam się, gdy drzwi do środka otworzyły się bez problemu, gdy nacisnęłam na klamkę. Skoro porwali moich przyjaciół, będą chcieli i mnie. Czekają na mnie.
   Weszłam do środka. Nie było tam zbyt sympatycznie. Surowy wystrój, tylko najpotrzebniejsze, najpraktyczniejsze przedmioty. Szłam normalnie długim korytarzem. W czasie wspinaczki opracowałam wstępny plan działania. Najpierw znajdę tych ludzi i spróbuję się czegoś od nich dowiedzieć.
   Zgodnie z moimi podejrzeniami areszt znajdował się w piwnicy. Drzwi do niego, od mojej strony, były otwarte. Oczywiście. To specjalnie. Za łatwo mi szło, nie może to trwać zbyt długo.
   Popchnęłam mosiężne drzwi, które uderzyły o ścianę. Moim oczom ukazali się więźniowie. Wielki kamień spadł na moje serce, a ramiona mi opadły, widząc około trzydziestu ludzi, pogarbionych, skulonych przy zimnej ścianie. Wyrazy ich twarzy były takie smutne, zmęczone i zrezygnowane. A te blade twarzyczki dzieci, po których spływały łzy? Ci ludzie czekali na mnie. Unieśli głowy, a widząc mnie, w ich oczach znów zagościła radość i nadzieja.
   Łzy wzruszenia naszły mi do oczu.
   - To wy nadaliście sygnał S.O.S? - zapytałam głośno.Kiwnęli głowami i coś mruknęli. Nie którzy zaczęli cicho płakać ze szczęścia - Nie martwcie się - powiedziałam wyciągając nadajnik - Wzywam po was jednostki specjalne. Odwiozą was do domów. Jesteście bezpieczni.
   Kolejna fala płaczu i śmiechu. Wezwałam pomoc. Jakiś mężczyzna po drugiej stronie słuchawki powiedział, że przybędą za około czterdzieści minut.
   - Posłuchajcie mnie - próbowałam przekrzyczeć tłum - Pomoc już nadciąga. Wypuszczę was z budynku. Ruszajcie szybkim krokiem w dół i wypatrujcie helikopterów - szerzej uchyliłam drzwi - Szybko, pospieszcie się! - wykrzyknęłam - Nie ma czasu.
   Wszyscy się rzucili. Przepychali się w drzwiach. Każdy chciał jak najszybciej się wydostać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz