wtorek, 16 września 2014

S.O.S CZĘŚĆ 16

   Wznowiliśmy walkę. Tym razem walczyliśmy na rakiecie. Na bombie tak niebezpiecznej, tak groźnej, służącej do zagłady Ziemi, ludzkości, istnienia...
   Czarna Jędza uciekła do środka maszyny, do pokoju kontrolnego. Rozkazała swojej drużynie, zająć się nami. Bestia walczył więc z Bruke'm. Zamienili się obaj w przeróżne zwierzęta. Raven i Cyborg walczyli z bliźniakami, którzy po mimo niskiego wzrostu, wykazywali się dużą siłą i sprytem. Robin mierzył się z Heresem, który trzymał w dłoni wieli miecz. Lśnił gniewnie i złowrogo w promieniach słońca. Wydawał się potężny. Robin mógł mu przeciwstawić tylko swoją laskę. Mi natomiast, dostała się dziewczyna z amputowaną ręką, która tak jak bracia, wykazała się nie małą inteligencją.
   Trzeba umieć docenić wroga. To krok do zwycięstwa.
   Waliłam w dziewczynę z całej siły, bez litości, a ona we mnie, bez żadnych skrupułów. Nie raz wiłam się i jęczałam z bólu po jej uderzeniach, ale i mi udawało się odpierać jej ataki i solidnie przywalić jej kilkakrotnie. Walka między nami była więc, można powiedzieć, wyrównana.
   Gdy zaśmiała się z satysfakcja, po tym jak kolejny raz padłam na kolana, naprawdę się wściekłam. Otarłam krew cieknącą mi z nosa i wstałam.
   - To za to, że próbowałaś zabić mnie i moich przyjaciół! - wykrzyknęłam i uderzyłam w nią laserami.
   Otworzyła usta, by krzyknąć, ale nie zdążyła. Dostała strzał prosto w brzuch, odleciała parę metrów, uderzyła o metalowy grzbiet rakiety i zemdlała. Muszę ją z stąd zabrać, bo jeszcze spadnie. Mimo wszystko, nie chcę, żeby ktokolwiek zginął. Nawet jeśli jest tak podły. Ale najpierw muszę pomóż tym po mojej stronie.
   Rozgorączkowana rozejrzałam się w około i już miałam ruszyć na pomoc Raven, gdy kątem oka zobaczyłam połysk uniesionego wysoko do góry miecza.
   - Nie! - wydarłam się i rzuciłam się w stronę Heresa, ale już było za późno, by go powstrzymać. Miecz przejechał po twarzy Robina. Od prawego czubka czoła, przez łuk brwiowy, oko, nos, policzek, usta i brodę. Wszystko rozciął. Całą twarz. Naprawdę głęboko.
   Chłopak krzyknął z bólu. Skrył twarz w dłoniach, które po krótkiej chwili były całe zakrwawione,  i padł na kolana.
   Podbiegłam do Heresa. Złapałam go za ramię i gwałtownie odwróciłam przodem w moją stronę. Nie zdążył się nawet zorientować, o co chodzi, a moja pieść uderzyła centralnie w jego nos. Usłyszałam trzask łamanych kości, a z jego nosa trysnęła krew.
   Nawet nie drgnął. Wściekł się.
   Warknął i teraz on ścisnął mi, aż do skurczu ramiona i pchnął w bok nie puszczając. Upuścił miecz, który uderzył o podłoże. Zaczęliśmy się siłować. Z przerażeniem zauważyłam, że próbuje mnie zepchnąć z rakiety.
   Spojrzałam w jego ciemne oczy, niegdyś tak życzliwe, tak mi bliskie.
   - To nie musi się tak skończyć, Heres - powiedziałam przez zaciśnięte zęby, próbując chociaż nieznaczne, o parę centymetrów, oddalić się od krawędzi - Jeszcze nie jest za późno.
   - Za późno? - pchnął mnie mocniej. Byliśmy na samym skraju - Za późno, na co?
   - Na to, by się zmienić - wydusiłam - Być kimś lepszym. Tym kim byłeś. Być sobą...
   Urwałam. Heres przymiżdżył mnie do podłoża. Leżałam na krawędzi. Głowa już luźno mi zwisała, a wiatr targał włosy.
   - Ja nie chcę być sobą! - wykrzyknął trzymając mnie za nadgarstki, bym nie mogła się ruszyć. Uśmiechał się jak szaleniec, a w oczach miał łzy - Ja już nie jestem Heresem, jakiego znałaś, mówiłem ci. Ja już nim nie jestem!
   Zacisnął mi dłonie na szyi. Strach i trwoga zamroziły mi serce. On mnie dusił! Chciał mnie zabić!
Próbowałam odciągnąć jego ręce. Nic z tego. Były jak skały. Potężne, silne, nie do pokonania. Pomyśleć, że w tych rękach kiedyś odnajdywałam bezpieczeństwo, spokój i zrozumienie.
   Dławiłam się. Wydawałam z siebie dziwne odgłosy. Zbierało mi się na wymioty. Dusiłam się.
   Heres pochylił się nade mną. Czułam jego oddech na jego twarzy. Jego usta prawie stykały się z moimi.
   - Giń, Gwiazdko - wyszeptał.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz