czwartek, 16 października 2014

POŻEGNANIE

Żałuję, ale to chyba koniec. Zawieszam bloga. Aż zawieszam i tylko zawieszam. Wiem, że nie umiem pisać, nie jestem pisarką. Pisałam, bo lubię to. Mam nadzieję, że byli wśród Was tacy, którzy mimo braku reakcji, lubili tu zaglądać. Z moich analiz wywnioskowałam, że ludzie wolą czytać o tym jak Młodzi Tytani urządzają raz po raz imprezy, upijają się, zażywają narkotyki. Okej, ja ta rozumiem. Taki ten świat jest, że tylko to ludziom się podoba. W końcu, ktoś może wolec świat realny, rzeczywisty i nic chce nigdzie uciekać... Tylko, że to są Młodzi Tytani i nigdy nie było w serialu czegoś takiego, że Robin i Gwiazdka zamykali się w sypialni, co któryś odcinek i wiadomo co tam robili... (piątego sezonu nie oglądałam, ale wątpię, by zaistniała taka sytuacja).  Jeżeli jesteście fanami serialu, ty wydawało mi się, że będziecie wolec tematykę podobną, do tej w serialu... Ale trudno, widocznie się myliłam... Mimo wszystko, to była fajna zabawa, prowadzenie tego bloga, ale ja już niestety nie mam na niego czasu. Może kiedyś tu wrócę i dokończę Nowy początek. Może wtedy będę miała więcej szczęścia... Dziękuję wszystkim, którzy czytali moje opowiadania i przepraszam. Inaczej to sobie wyobrażałam, ale idąc za przykładem wielu fanów tego serialu, powinnam  trzymać się bardziej ziemi...
Dziękuję jeszcze raz i pozdrawiam. Na tą chwilę, żegnajcie :( :( :(

czwartek, 9 października 2014

NOWY POCZĄTEK CZĘŚĆ 4

Leciałam nad dachami wieżowców i podziwiałam bajecznie oświetlone miasto. Myliłam się myśląc, że lecąc, tak po prostu, jestem szczęśliwa. Byłam szczęśliwa lecąc teraz. Już nie należę do Roju. Więcej będę miała korzyści pracując sama. Jinx, samotna przestępczyni, złodziejka. Już nie Jinx z roju.
 Wiatr wiał mi w uszach, rwał włosy. Leciałam wyżej niż ptaki. Byłam szczęśliwa, byłam wolna.
 Przysiadłam na dachu wieży kościelnej, w momencie gdy wielki zegar pode mną wybił północ. Słuchałam potężnych, głośnych dwudziestu czterech uderzeń podziwiając miasto. Miasto, które od dziś należy do potężnej młodej czarownicy. Do mnie.
 Kątem oka zauważyłam jakiś ruch na obrzeżach miasta. Wstałam i zmrużyłam oczy, by lepiej widzieć. Tak, na pewno coś tam jest. Coś dużego, może niebezpiecznego. Coś się tam dzieje. Nagle zauważyłam niebieskie światła, błyski. Potem zielone. Moje wątpliwości znikły zupełnie, gdy dostrzegłam zielonego dinozaura atakującego tę ciemną masę.
  - Tytani - powiedziałam głośno, a uśmiech ponownie zawitał na mojej twarzy - Teraz się pobawimy...
Rozłożyłam ręce i znowu leciałam. Po drodze raz po raz pstrykałam palcami. Wokół mnie rozkwitały różowe kwiaty, za mną sypał się złoty pył. Spojrzałam w górę nie podoba mi się to ciemne niebo.
  - Niech pojawią się gwiazdy! - wykrzyknęłam ze śmiechem. Życzenie się spełniło, ale to mi nie wystarczało - Mnóstwo, mnóstwo gwiazd!
  Po chwili widać było całą drogę mleczną. Łzy szczęścia i wzruszenia spłynęły mi po policzkach. To, że mam doby humor to jedno. To że dokonałam tego, czego wcześniej bym się nie odważyła, co wcześniej wydawało mi się nie możliwe i niedopuszczalne, to drugie. Dało mi to pewność siebie. Nie pamiętam kiedy ostatnio czułam się tak odważna i tak samodzielna. Taka wielka...
  Mam ochotę do końca życia bawić się swoją magią. Właśnie weszłam na kolejny jej poziom. Cudowny poziom.
  Wylądowałam na dachu jakiegoś wieżowca i otworzyłam usta we zdziwieniu. Tytani walczyli z wielkim czarnym potworem z rogami.
  Spojrzałam na Gwiazdkę i Cyborga jak strzelają w stwora laserami. Spojrzałam na Raven, jak zręcznie włada swoją mocą, by zadawać dotkliwe ciosy przeciwnikowi. Spojrzałam na Robina wspinającego się po potworze, dźgającego go i rzucającego w niego różne wybuchające przedmioty, których nazw nie znałam. Spojrzałam na Bestię zamienionego w wielkiego dinozaura, który pędzi z przerażającymi zębami na wierzchu na giganta.
  Spojrzałam na nich i gdzieś, głęboko w sercu, poczułam dziwne ukłucie, że ja też powinnam.. Ja też powinnam... Nie. Nie będę teraz o tym myśleć.Teraz, ani nigdy więcej, nie będę myśleć o tym jakby to było wspaniale, gdybym kiedyś uratowała ludziom życie.


Przepraszam, że tak krótko i właściwie o niczym, ale już się tłumaczę. Poważnie się zastanawiam, czy nie zamknąć bloga. Ja tak tu piszę i piszę, a Wy nic, zupełnie. Wchodzę na inne blogi o tej tematyce, a tam takie statystyki, że ja odpadam. Rozumiem, że moje opowiadania są gorsze od innych, ale powiedzcie, jak ja mam pisać lepiej, skoro nikt, absolutnie nikt nie komentuje? To nie muszą być pozytywne komentarze, równie dobrze mogą być i negatywne, byle by uzasadnione i nie wulgarne. Ale dwa miesiące minęły, a ja mam wrażenie, że czytają mnie może pięć osób w całej Polsce. Lepsze to niż nic, ale postawcie się na moim miejscu. Pisanie naprawdę wiele dla mnie znaczy, chciałam się tym z kimś podzielić. No i podzieliłam się dwoma opowiadaniami i nawet nie wiem co o nich sądzicie. Chyba nie będę pisać tego opowiadania do końca, bo jest długie, ja mam zepsutą klawiaturę, a na nudę nie narzekam. Jeżeli to czytasz, to napisz chociaż, że chcesz abym nie zamykała bloga, o ile tak myślisz. Jeżeli, tak jak zawsze nie będzie żadnych komentarzy, potraktuję to jako Waszą obojętność i zastanowię się co dalej...

niedziela, 5 października 2014

REKLAMA

Hej! Założyłam nowego bloga z moją powieścią o Batgirl. Jestem w trakcie jej tworzenia. Zapraszam wszystkich fanów Batmana i nie tylko! ;)

http://batmaniaopowiadaniabarbragordonsstory.blogspot.com/


Pamiętajcie o opowiadaniu BlueNight! Akcja się rozkręca!

http://nordycka25.blogspot.com/



piątek, 3 października 2014

NOWY POCZĄTEK CZĘŚĆ 3

Czy w więzieniu zawsze musi być tak cholernie zimno? Siedziałam pod ścianą swojego aresztu skulona i trzęsłam się. Tak jak zawsze, w obawie przed moimi mocami,  założono mi olbrzymie metalowe kajdanki, jako jedynej z Roju. Zakrywały całe dłonie i sięgały prawie po łokcie. Westchnęłam i podparłam na nich głowę. Byłam zrozpaczona. Co ja tu znowu robię? Jak to możliwe, że znowu się nie udało? Znowu nic nie wyszło?
   Przysięgam sobie, że przy następnym spotkaniu z Młodymi Tytanami, zemszczę się na nich. Wykończę ich.
   Ale nie tylko na nich jestem zła. Jestem wściekła i obrażona też na Rój. Moja własna ekipa... Chcieli mnie tam zostawić, samą z Tytanami, na pastwę losu. Wziąśc pieniądze i uciec, nawet nie zastanawiając się, co będzie ze mną. Mogłam się tego spodziewać. Nie pierwszy raz mnie zdradzili. Tylko że teraz już przesadzili. Nie mam zamiaru o tym zapomnieć.
   Gizmo odchrząknął w sąsiedniej celi. Od niechcenia powoli podniosłam głowę.
   - Przechodzimy do operacji: ucieczka - szepnął prawie niesłyszalnie - Jesteś gotowa?
Przytaknęłam. Strażnik spacerujący po korytarzu odwrócił się i zmierzył nas.
   - Jakiś problem? - zapytał ostro.
Wymieniłam z Gizmo szybkie porozumiewawcze spojrzenia.
   - Tak, jest problem, proszę pana - powiedziałam głośno i pewnie wstając - Zimno tu jak w lodówce - zaczęłam się skarżyć - Chcę, żeby przyniósł mi pan jakiś koc.. Znaczy, proszę...
   - Nie ma... - zaczął.
   - Jeśli umrę tu na zapalenie płuc, będzie to pana winą - zagroziłam mu celując w niego palcem.
Zastanowił się przez chwilę przypatrując się mi uważnie.
  - Zaraz wracam - wymamrotał w końcu.
  Gdy odszedł stanęłam pośrodku swojej celi i rozłożyłam ręce, na tyle, na ile było to możliwe. Zgodnie z ustalonym wcześniej planem miałam pod nieobecność strażnika rozwalić kajdany używając niczego innego, jak nie mocy, a następnie dzięki telekinezie, przyciągnąć leżący kilka metrów dalej klucz. Otworzyć nim swój areszt, zaraz potem areszty pozostałych, po czym mieliśmy uciec. Gizmo chciał nawet, aby po zdobyciu klucza, od razu mu go oddać, aby to on wyszedł jako pierwszy. Pomyślałam wtedy jednak, że nie dam się drugi raz nabrać i stanowczo zaprzeczyłam takiej opcji.
   Dokładnie tak to miało wyglądać. Ja jednak miałam nieco inny plan.
   - Dawaj Jinx - dopingował mnie Cyklop.
Dam wam, oj dam wam ja popalić.
   Rozwalenie tych kajdanek, nie jest rzeczą łatwą, ponieważ są ona stworzone właśnie, przeciwko używaniu magii w takim celu. Ale da się zrobić. Muszę się tylko przyłożyć.
   Wzięłam głęboki wdech, długo wypuściłam powietrze. Muszę się najpierw całkowicie odprężyć. Wyłączyc myślenie. Wdech i wydech, wdech i wydech, wdech i...
    - Długo jeszcze? - narzekał Gizmo - Zaraz ten bałwan tu przylezie...
    Poczułam jak się we mnie gotuje. Jak on mnie irytuje! Szybko przypomniałam sobie, co mam robić, na czym mam się skupić...
   Wdech i wydech, wdech i wydech... Zacisnęłam powieki, przygryzłam wargi tak mocno, że aż krew spłynęła mi ciurkiem po brodzie. Ściągnęłam brwi, schowałam głowę między ramiona. Muszę zebrać potrzebną mi moc,
   Usłyszałam jakby gwizd wiatru. Lekko uchyliłam jedno oko. Różowe promienie krążyły wokół mnie niczym wstążki i błyszczały. Doskonale. Zamknęłam oko, Jeszcze trochę, jeszcze trochę, Jinx, dasz radę...
   Z krzykiem rozwarłam dłonie, wyprostowałam się i uniosłam w powietrzu. Metalowe kawałki eksplodowały naokoło mnie na setki małych kawałeczków i rozsypały się po celi.
    Otworzyłam oczy i rozejrzałam się. Udało się. Naprawdę się udało!
    Często mi mówiono, że jestem zdolną i potężną czarownicą, ale nie miałam pojęcia, że aż tak potężną.
   - Głośniej się nie dało, co? - warknął Gizmo - Ruchy!
   Obrzuciłam go piorunującym spojrzeniem. Odwzajemnił się mierząc mnie z nienawiścią. Wyciągnęłam dłoń w kierunku klucza. "Chodź do mnie". Klucz posłusznie przyleciał i wylądował na mojej otwartej dłoni. Normalnym krokiem podeszłam do drzwi i bez pośpiechu otworzyłam je.
    - Ruchy! - powtórzył Gizmo nerwowo przystępując z nogi na nogę. Usłyszałam czyjeś kroki na schodach.
   - Hej, co tam się dzieje?! - wykrzyknął strażnik zanim jeszcze się pojawił.
   - Jinx! - wydarł się Gizmo.
   - Otwórz te drzwi! - wtórował mu Mamut. Niebezpieczeństwo jego siły sprawiło, że zamknęli go w mosiężnej klatce.
   - Wypuść nas! - krzyknął Cyklop szarpiąc za kraty.
   - Pospiesz się! - jęknął Billy rozpaczliwie.
Wzbiłam się w powietrze i podleciałam do dużego otwartego okna pod sufitem.
   - Jinx! - ryknął Mamut - Co ty wyprawiasz?!
Wiedziałam, że muszę się spieszyć. Coraz głośniejsze kroki świadczyły o tym, że strażnik za chwilę się pojawi. Jeśli mam uciekać, to muszę uciekać teraz. Natychmiast.
    Uśmiechnęłam się złośliwie do chłopaków.
   - Nie jest to zbyt przyjemne, gdy zostawia się kogoś w potrzebie, myśląc tylko o sobie, prawda? - zapytałam łagodnie, patrząc głównie na Gizmo - A teraz wybaczcie panowie - ukłoniłam nisko - Jinx odchodzi - zmierzyłam ich triumfalnym spojrzeniem. Pomachałam radośnie, posłałam całusa i wyleciałam.
   - Będziesz jeszcze chciała do nas wrócić! - usłyszałam jeszcze rozwścieczonego Gizmo.
   Kiedy strażnik strzelił w moim kierunku, byłam już za daleko, by oberwać.

piątek, 26 września 2014

NOWY POCZĄTEK CZĘŚĆ 2

   Uwielbiam latać. Kocham latać. Gdy lecę czuję się naprawdę wolna i naprawdę szczęśliwa. To jedyny taki moment. Z szerokim uśmiechem na twarzy pokonywałam korytarz. Strażnicy strzelali do mnie próbując mnie powstrzymać, ale ja zgrabnie i zręcznie omijałam wszystkie przeszkody.
    "Niech te drzwi się otworzą", zacisnęłam mocno powieki, skupiając się na życzeniu. Następnie gwałtownie otworzyłam oczy, a różowy promień wystrzelił z mojej dłoni trafiając w drzwi przed mną. Były zablokowane, ale je otworzyłam.
    Ze śmiechem wyleciałam na ulicę przed bank. Było późne popołudnie i powoli robiło się ciemno. Rozglądnęłam się. Jakieś dwieście metrów ode mnie stał nasz super szybki samochód. Potrafi w nie całe dwie minuty dowieźć nas na obrzeża miasta, do tajnie ukrytej Wieży Roju. Wystarczy, że dolecę do wozu.
    Rzuciłam się w jego stronę, pewna że mi się uda. Byłam już w połowie drogi kiedy coś lub ktoś złapało mnie za kostkę. Gwałtownie odwróciłam głowę. To Gwiazdka chwyciła mnie za nogę. Chciałam się jej wyrwać, ale nic z tego. Jej uścisk był zbyt silny.
    - Puszczaj! - warknęłam.
    - Poddaj się, Jinx! - wykrzyknęła - Wiesz, że nie macie szans.
Uśmiechnęłam się do niej złośliwie.
    - Jest chyba odrobinkę na odwrót, kochana - powiedziałam.
    Rozgniewałam ją. Wykrzywiła się, oczy zaświeciły jej się jaskrawą zielenią. Wiedziałam, że teraz będzie próbowała postrzelić mnie laserami. Głupią ma moc, ostrzega wrogów przed atakiem, pozwalając im jednocześnie na przeciwstawienie się mu.
"Niech mnie nie trafi, niech poleci w inną stronę", pomyślałam.
     Zgodnie z moim życzeniem laserowa kula zmieniła tor lotu i poleciała na prawo, dokładnie tam, gdzie machnęłam ręką. Uderzyła jakiegoś przechodnia w głowę, pozbawiając go przytomności. Mężczyzna bezwładnie osunął się na chodnik.
     - Nie! - Gwiazdka spojrzała za siebie. Najwyraźniej bardzo ją to zmartwiło.
     - Zadaj sobie teraz pytanie, Gwiazdko - zawołałam - Kto przegrywa, a kto wygrywa?
    Wykorzystując chwilą jej słabości, wyszarpnęłam nogę i gwałtownie przyspieszyłam. Spojrzałam na już tak bliski samochód. Przez to całe zamieszanie z tą Tmaranką, reszta mojej ekipy zdążyła mnie wyprzedzić. Cała czwórka siedziała już przygotowana i pospieszała mnie.
     - Szybko, Jinx, szybciej! - Gizmo wyglądał jakby oszalał.
     - Jinx, uważaj! - wykrzyknął Mamut* celując palcem w coś za mną.
     "Uważaj"? Na co mam uważać? Nie zdążyłam nawet odwrócić głowy, a czarna moc Raven chwyciła mnie za kołnierz i zaczęła naprawdę mocno ciągnąć do tyłu. Spojrzałam za siebie. Wszyscy Tytani biegli w moją stronę i zdumiewająco szybko się przybliżali.
     - Rzucaj forsę! - wydarł się Gizmo.
     Bez zastanowienia, nadal próbując się wyrwać, rzuciłam przed siebie, w stronę Gizmo, woreczek ze zdobyczą. Chłopak złapał go do rąk i przytulił jak starego, dobrego przyjaciela.
    - Ruszaj! - pisnął do kierowcy - Już!
Billy odpalił silnik.
    - Czekaj, nie! - wykrzyknęłam, ale nikt z nich nawet się nie odwrócił.
   Nie zajechali daleko. Zaledwie po paru metrach, zielony dinozaur rzucił się na maskę wozu, zatrzymując go i niszcząc.
    - Mój samochód! - Gizmo był bliski płaczu - Mój ukochany samochód... Coś ty narobił, idioto?!
    Raven puściła mnie i złapała teraz jego, wyrywając omu woreczek i podając go Robinowi, a Gizmo zakryła usta, żeby się w końcu zamknął.
     Już miałam się rzucić się do ucieczki. Chciałam wlecieć do małej, ciasnej uliczki na boku i tam ich zgubić, ale Cyborg pojawił się za mną znikąd i wygiął moje ręce do tyłu, a swoimi nacisnął pomiędzy moje łopatki.
    - Bierz ode mnie te zimne, wielkie łapska, ty kupo złomu! - wykrzyknęłam zwijając się z bólu. Brak jakiejkolwiek reakcji. "Chcę pokopać go prądem", pomyślałam i skupiłam w sobie jak najwięcej energii.
    - Aua! - jęknął Cyborg puszczając mnie - No wiesz...?
    - Nie dotykaj mnie - warknęłam.
Jakby głuchy, złapał mnie za kark, tak mocno, że aż zabolało.
    Wściekła, wypięłam mu język. Ku mojemu zdziwieniu zrobił to samo. Uniosłam zdumiona brwi. Niby co to miało znaczyć?
    Nagle Raven szarpnęła mnie za ramię z drugiej strony.
    - Nie jestem szmacianą lalką - powiedziałam oburzona i wyrwałam jej się. Odwróciłam się do ucieczki, ale za mną stał Cyborg. Rozłożył ręce, zagradzając mi drogę i uśmiechnął się do mnie usatysfakcjonowany.
    - I co się głupio cieszysz? - burknęłam patrząc na niego spode łba. Spuściłam wzrok i posłusznie poszłam za Raven do reszty.
   Robin uśmiechnął się do mnie od ucha do ucha. Uniósł woreczek na wysokość mojego nosa i zaczął mi przed nim wymachiwać saszetką.
    - I znowu nie masz - stwierdził zadowolony.
   Chcąc pokazać, że mimo iż mnie złapali, wcale się nie poddałam, jeszcze przez chwilę gniewnie na niego patrzyłam, po czym odwróciłam głowę i uniosłam ją wysoko do góry. A niech się ze mną droczy, proszę bardzo. Jeszcze mu pokażę do czego jestem zdolna.

* Nie pamiętam czy to był Mamut, czy Mutant, więc będę pisała Mamut, bo tego jestem bardziej pewna (chociaż dziwnie to jakoś pasuje...).

Błagam, niech ktoś skomentuje! Wtedy będę starać się częściej dodawać posty...

sobota, 20 września 2014

NOWY POCZĄTEK CZĘŚĆ 1

349, 521, 783, 372, 294...
   - Byłbym wdzięczny, gdybyś się trochę pospieszyła, Jinx - parsknął Gizmo.
571, 002, 172, 906...
   - Jinx, szybciej! - ponaglił mnie Gizmo.
671, 321, 511...
   - Cyfry, cyfry, cyfry... Jinx!
   - Jinx, Jinx! - przedrzeźniałam go odsuwając się od sejfu i wymachując rękoma - Mógłbyś się trochę uspokoić? To długi i skomplikowany szyfr. Nie chcę się pomylić...
   - To trwa wieki - przerwał mi - Prędzej nas złapią, niż ty to otworzysz.
   - Zjawią się tu za moment, ale to dlatego, że drzesz się wniebogłosy - warknęłam i z powrotem nachyliłam się nad pozłacanym sejfem - Na czym skończyłam?
    - 351, 511 - przypomniał Cyklop.
921, 922, 806, 273, 109.
    - Mam! - wyciągnęłam ciężki, dość duży wełniany woreczek ze skrytki i triumfalnie podniosłam go w górę.
    Nagle coś czarnego i podłużnego wspięło się po moim ciele i dosłownie wyrwało zdobycz z rąk.
    - I już nie masz - usłyszałam za plecami znajomy głos. Odwróciłam się gwałtownie.
    Młodzi Tytani stali kilka metrów od nas. Raven trzymała w dłoniach saszetkę z pieniędzmi. Nie zraziło mnie to. Wręcz przeciwnie. Uśmiechnęłam się do nich kpiąco, zadarłam brodę i wyciągnęłam rękę przed siebie.
"Chcę, żeby te pieniądze wróciły do mnie", usłyszałam w głowie własny głos. Na tym polega moja magia. Nic trudnego, wystarczy pomyśleć sobie życzenie i wystarczająco się skupić i gotowe. Nawet sobie nie wyobrażam, jak mogłabym żyć bez niej.
    Raven nie była przygotowana. Woreczek wypadł jej rąk, ale zamiast spaść na podłogę, poleciał prosto do mojej wyciągniętej dłoni.
    - I znowu mam - powiedziałam z nieskrywaną dumą.
Robinowi zrzedła mina.
    - Tytani, wio! - wykrzyknął.
    Cała piątka rzuciła się na nas, ale ja nawet nie drgnęłam. Mi dostał się Bestia.
    Zielony byk rozpędził się i biegł centralnie na mnie, mucząc przeraźliwie. W ostatniej chwili zrobiłam piruet, unikając zderzenia. Byk wylądował głową w pustym sejfie za mną. Wyjął ją, odwrócił się i prychnął parę razy ze wściekłością trzęsąc łbem.
    - Co się stało, byczku? - zapytałam udawanym słodkim i niewinnym głosikiem. Wyciągnęłam przed siebie woreczek i potrząsnęłam nim. Grube monety w środku obijały się o siebie - Tego potrzebujesz, byczku, to byś chciał? - Bestia tupnął kilka razy tylną nogą i przygotował się do ataku - Chcesz? To spróbuj mi to odebrać! - zakończyłam już swoim głosem. Ponownie w ostatnim momencie zrobiłam piruet, nucąc do tego pod nosem i podnosząc saszetkę wysoko do góry - Ojej, ojej - zaśpiewałam, gdy znowu rozwścieczony odwrócił się przodem. Celowo nie patrzyłam na niego. Bawiłam się paznokciami, pokazując mu ile mnie obchodzi - Na twoim miejscu, zamieniłabym się w co innego. Byk nie jest, zbyt, no wiesz... dostojny, elegancki, zgrabny? No i, jak widać, inteligentny... Zamień się w coś z większym mózgiem... Ups! Czekaj, to było nie miłe. Przecież wszystko będzie miało taki sam mózg, jak ty.
    Uśmiechnęłam się do niego szyderczo, pokazując wszystkie zęby. Bestia wypuścił powietrze przez nos, tak że para uniosła się nad jego głową.
     - Wiejemy! - wykrzyknął Gizmo.
     "Chcę latać", pomyślałam.
    Obdarzyłam Bestię triumfalnym uśmiechem, a gdy ten znów pędził prosto na mnie, tym razem nie zrobiłam piruetu. Uniosłam się natomiast w górę, kilka centymetrów ponad jego łeb i przeleciałam nad nim. Ryknął wściekły, po czym zmienił się w sokoła, ale nie był wstanie mnie dogonić.
 


Przepraszam, że znowu tak krótko, ale chciałam coś dodać, bo wczoraj nic nie było, a w tym tygodniu mam sprawdzian z chemii. Wiązania chemiczne; jonowe, spolaryzowane, niespolaryzowane... Ludzie, takie pierdoły, że aż się człowiekowi żyć nie chce. Nienawidzę chemii! Nudy na budy, nie to co biologia. No, trudno. Liczę na to, że spodoba Wam się nowe opowiadanie, bo żyłam nim właściwie przez cały tegoroczny pobyt w Chorwacji. Poważnie, ludzie na plaży na mnie krzywo patrzyli, bo nic tylko godzinami codziennie pisałam coś w zeszycie. Jakiś dziadek pytał mnie nawet, czy pamiętnik piszę i potem zaczął ze mną o tym rozmawiać . Nie wiem, po jakim języku mówił, ale go rozumiałam, a on mnie. Pewnie jakiś skarabeusz się do mnie przyczepił ;) (Fani Ligii Młodych, wiedzą o co chodzi) A skoro o YJ mowa, aktualnie piszę o tym opowiadanie. Może jak coś z tego wyjdzie, założę nowego bloga. Czytalibyście? Dobra, to ja idę się uczyć :( i jutro postaram się dodać drugą cześć. Pa, pa ;)

czwartek, 18 września 2014

ZAPOWIEDŹ: NOWY POCZĄTEK

OPIS OPOWIADANIA: Jinx po nie udanym napadzie na bank i zdradzeniu przez ekipę, trafia do więzienia. Szybko się jednak wydostaje i odłącza się od Roju na rzecz pozostania samotnym przestępcą. W trakcie niebezpiecznych zabaw, ponosi poważne obrażenia i trafia pod bezinteresowną opiekę Tytanów. Z początku zniechęcona dziewczyna, z upływem czasu zmienia się nie do poznania. Tymczasem Slade obmyśla zemstę, na byłej pomocniczce.
NARRACJA: Pierwszoosobowa (Jinx).

                                 

S.O.S CZĘŚĆ 18

     Ostatnią cześć S.O. S dedykuję specjalnie dla jednej z czytelniczek BlueNight, w ramach podziękowań za reklamę, dzięki czemu, mam Was dużo więcej. Oczywiście dziękuję każdemu, kto zapewnił mi rozgłos. Cieszę się, że jest Was tak dużo i mam nadzieję, że moje opowiadania się Wam podobają. Liczę, że skoro kończę dzisiaj już drugie, zobaczę jakieś komentarze, obojętne czy pozytywne, czy negatywne. Wieczorem postaram się dodać zapowiedź kolejnego opowiadania (Jestem chora i siedzę w domku, więc mam trochę więcej czasu. Dlatego ostatnie części były dłuższe ;)). Wiem, że Blue nie prosiła mnie o reklamę, ale ma na prawdę świetne opowiadanie (nie o Tytanach, ale może Wam się spodoba). Dopiero się zaczęło, ale mnie wciągnęło bez reszty, więc także w ramach podziękowań podaję Wam linka na bloga Blue, która, mam nadzieję, się na mnie za to  nie obrazi :).

 http://nordycka25.blogspot.com/



  Powoli otwieram oczy. Opadam na dno. Powoli, powolutku tonę. Tonę. Nie duszę się, nie próbuję złapać powietrza. Tonę. I pozwalam na to. Skoro bomba już nie uderzy w ziemię i nie spowoduje potężnego wybuchu, to mogę umrzeć. Umrzeć. Jak to pięknie brzmi. Teraz mogę umrzeć.
   Jestem już głęboko, a wciąż jest zdumiewająco jasno. Jak to możliwe? Słońce prześwituje przez wodę i rozszczepia się światło. Promienie. Jakie ładne... Niesamowite.
   Czy to jest śmierć? Jeżeli tak, to dlaczego ludzie się jej boją? Boją się jej chyba tylko źli ludzie. Przecież ona jest taka wspaniała.
    Moja krew jest dookoła. Jest jej coraz więcej i więcej. Tworzy wokół mnie magiczną czerwoną poświatę.
    Udało się.
    Teraz mogę umrzeć.
    Zamykam oczy, ale nie ma ciemności.
    Tamaran: mama, tata, Kometa, babcia, Heres. Ziemia: Raven, Bestia, Cyborg, Robin.
Uśmiecham się delikatnie.
    Śmierć jest taka piękna...
    Chyba już umarłam. Coś zielonego przepływa obok mnie i bierze mnie na grzbiet. Płynie ze mną do góry. Już nic mnie nie obchodzi. Już za późno. Nie zdąży.
     Ja już umieram.
     Śmierć jest taka piękna...

     Gwałtownie otwieram oczy. W pierwszej chwili nie wiem, co się dzieje. Gdzie jestem? Co się stało? Powoli wszystko mi się przypomina. Szczegół po szczególe.
     Przeżyłam? Jak to możliwe?
     Rozglądnęłam się po pokoju. Leżałam w swojej sypialni, w Wieży Tytanów. Powoli ściągnęłam z siebie koc. Cały brzuch miałam owinięty czystym białym bandażem elastycznym. Ostrożnie się podniosłam, ale nie udało mi się uniknąć ostrego bólu. Jęknęłam i przyłożyłam dłoń do rany. Delikatnie położyłam jedną nogę na podłodze, potem drugą. Wzięłam głęboki wdech i wolniutko, centymetr po centymetrze podtrzymując się parapetu, wstałam. Nie byłam pewna, czy wolno mi chodzić, ale nie chciałam leżeć w łóżku.
    Boso szłam przez korytarz, robiąc małe kroczki, bo dużych nie jestem w stanie. Tak samo nie jestem w stanie się wyprostować. Co się ze mną stało?
    Spoglądnęłam w lustro i w pierwszej chwili się nie poznałam. Z twarzy odpłynęła mi krew, oczy mam chore, pod nimi cienie, nos w opatrunku, usta rozcięte i suche.
    Spuściłam głowę z głębokim westchnieniem i ruszyłam dalej. Z trudem otworzyłam drzwi do salonu.
    Mimowolnie się uśmiechnęłam. Cyborg i Bestia grali na konsoli, Raven siedziała obok nich na kanapie i czytała książkę, a Robin gotował. Wszystko było jak dawniej.
    - Hej... - powiedziałam, ale chrypka odebrała mi mowę. Widocznie coś jednak z siebie wydałam, bo Raven gwałtownie podniosła głowę i spojrzała w moją stronę. Oczy jej zabłysły, a na twarzy pojawił się uśmiech.
    - To Gwiazdka! - wykrzyknęła.
    Dziwne, że mnie poznała. Reszta od razu porzuciła swoje zajęcia i natychmiast cała czwórka znalazła się przede mną. Zaczęli się śmiać i delikatnie mnie ściskać. I tak bolało, ale prawie tego nie czułam. Za bardzo się cieszyłam.
   - Jak się czujesz? - zapytał Cyborg.
   - Nie najgorzej - powiedziałam, to cud, że żyję.
   - Wyzdrowiejesz - uśmiechnął się Robin - Tylko musisz dużo odpoczywać. Najgorsze już za tobą.
   Spojrzałam na niego i posmutniałam. Na twarzy miał okropną bliznę. Objęłam go przy po policzkach i zaczęłam się jej przyglądać.
    - Żałuj, że nie widziałaś jak Robin chodził przez tydzień z całą głową zabandażowaną - zaśmiał się Bestia - Wyglądał jak mumia. Co chwilę w coś uderzał i takie tam...
    - Moment. Przez tydzień? - zdziwiłam się - Ile spałam?
    - Dwa tygodnie - powiedziała Raven kładąc mi dłoń na ramieniu.
    - O jejku.... -  westchnęłam nie za bardzo wiedząc, jak to skomentować.
    - Dlatego musisz być głodna - Robin delikatnie spuścił moje dłonie i ruszył do kuchni - Właśnie robię nam jedzenie.
    - Robin - zatrzymałam go. Odwrócił się i spojrzał na mnie. Uśmiechnęłam się nieśmiało - Jeśli chcesz wiedzieć, w ogóle cię nie oszpeca.
    Uśmiechnął się do mnie, a ja do niego.
    - Przyniesiemy ci jedzenie. Połóż się - powiedział Cyborg łagodnie.
    Kiwnęłam głową i powoli wyszłam. Ale zamiast udać się do swojej sypialni, weszłam do pokoju Bestii. Wyjęłam z szuflady jego biurka album ze zdjęciami i zamknęłam się u siebie na dwadzieścia minut. Potem zeszłam z powrotem do pokoju dziennego.
     - Już do ciebie szliśmy - powiedział Bestia wstając z kanapy.
     - Nie, Bestio - przerwałam mu uśmiechając się do niego łagodnie - To ja chciałam przyjść do ciebie.
     Wyciągnęłam ku niemu ręce i wręczyłam dopiero co wykonany przeze mnie podarunek. Powoli wziął go do rąk.
      To album ze zdjęciami jego rodziny. Znajdowały się tam zdjęcia z jego dzieciństwa. Ozdobiłam go dodatkowo rysunkami kwiatów, ptaków, gwiazdek i brokatem. Na ostatniej stronie napisałam ozdobnymi literami: "Wiem, że nie zastąpimy ci tych ludzi, ale zawsze będziemy twoją drugą rodziną". Pod tym wkleiłam zdjęcie całej naszej piątki: jego, moje, Raven, Robina i Cyborga.
       Bestia w milczeniu przeglądał powoli album, strona po stronie, aż doszedł do samego końca.
       - Mam nadzieję, że się nie gniewasz, że wzięłam te zdjęcia - powiedziałam cicho drapiąc się po karku i spuszczając nisko głowę - W sumie, to nie było to zbyt grzeczne...
       Bestia podniósł głowę i wbił we mnie wzrok. W oczach miał łzy. Nie zdążyłam nic powiedzieć, a rzucił się na mnie z uściskiem.
       - Dziękuję - wyszeptał mi do ucha - To jest naprawdę piękne... Ja... Dziękuję...
       - Nie ma za co - zaśmiałam się, też z trudem skrywając łzy wzruszenia.
Gdy się odsunął odwróciłam się do Robina.
       - Dla ciebie też coś mam - powiedziałam pogodnie uśmiechając się figlarnie.
       - Dla mnie? - zdziwił się.
       - Balsam na szybsze gojenie się blizn? -podsunął Cyborg.
Wykrzyknęłam z plecaka, który ze sobą przyniosłam, pozwijane odzienie i mu je wręczyłam.
       - Moja peleryna! - wykrzyknął Robin.
       - Uważaj - ostrzegłam go - Może być trochę zaśliniona przez Bestię.
Robin wybuchnął śmiechem, po czym dodał:
        - My też mamy dla ciebie prezent.
        - Naprawdę?
        - Chcieliśmy ci podziękować i cię pochwalić - powiedziała Raven - Ocaliłaś nam życie. I nie tylko nam. Właściwie, całemu światu.
        - Jesteś najdzielniejszą Tytanką, jaką znam - dopowiedział Cyborg.
        - Dlatego zasłużyłaś na nagrodę - uśmiechnął się Bestia.
Miałam wrażenie, że zaraz mi wręczą jakiś order czy coś, a zza szafy wyjdzie sam prezydent. Tak się przynajmniej zachowywali, co mnie, chociaż napalało, szczerze powiedziawszy, dumą, to też okropnie krępowało.
        - Powiecie w końcu o co chodzi? - nie wytrzymałam.
       - Gdy tylko wyzdrowiejesz, lecisz na cały tydzień na Tamaran - powiedział Robin.
       Osłupiałam z wrażenia. Zaczęłam piszczeć z radości. Próbowałam podskoczyć, ale za bardzo bolało, więc objęłam całą czwórkę.
       - Dziękuję - tylko tyle byłam w stanie powiedzieć.
       - Ale najpierw... - zaśmiał się Cyborg i podniósł do góry jakąś płytę.
       - Co to jest? - zapytała Raven.
       - Film.
       - Jaki film? - zaniepokoił się Bestia.
       - Mój ulubiony - dopowiedział Cyborg,
Bestia skrył twarz w dłoniach.
       - O nie... - jęknął.
       - O tak... - kiwnął głową Cyborg, a reszta wybuchnęła śmiechem - I teraz go wszyscy razem obejrzymy. Całe dwie godziny i szesnaście minut.
       Robin przyniósł jedzenie i usadowiliśmy się na kanapie wygodnie. Objęliśmy się.
       - Gotowi? - zapytał Cyborg podnosząc pilot.
       - Gotowi - odpowiedzieliśmy chórem.
       - Nie przeżyję tego - westchnął Bestia, ale uśmiechnął się i wbił między mnie, a Raven.
      Włączyliśmy film.

środa, 17 września 2014

S.O.S CZĘŚĆ 17

   Przypomniało mi się coś. Zobaczyłam to. Mała dziewczynka bawiła się na placu zabaw. To ja. Mała ja. Czy ja przed kimś uciekam? Tak, chyba tak. Ale moment, śmieję się. To zabawa! Kryję się za drzewem i chichoczę. Ktoś wyskakuje z drugiej strony. Jakiś chłopiec. Rozczochrane blond włosy, ciemne duże ciepłe oczy. I ten uśmiech... Znam go! To przecież Heres! Oboje się śmiejemy. Przepychamy się, zwijając się przy tym ze śmiechu. Tak jak przed chwilą się siłowaliśmy, tylko że teraz robimy to dla zabawy. Dla frajdy. Przewróciliśmy się. Ależ świetnie się bawimy! Podaje mi rękę, pomaga mi wstać. Biegniemy ze śmiechem, urządzamy sobie mały wyścig. To Heres, mój przyjaciel...
   Mój były przyjaciel.
   Ostatnie tchnienie. Jeżeli mnie nie udusi, zrzuci mnie... Ostatnie tchnienie. Wówczas utonę w oceanie... Ostatnie tchnienie.
   Nie. Nie ostatnie.
   Przypomniałam sobie jak Raven z całej siły kopnęła atakującą ją pumę i odepchnęła ją od siebie. Strach zniknął. Ustąpił miejsce kolejnej fali wściekłości.
   Powtarzam ruch przyjaciółki. Z wysiłkiem kopię Heresa w dół brzucha, tak mocno, jak tylko mogę. Chłopak puszcza moją szyję i z jękiem chwyta się za brzuch. Podnosi na mnie gniewny wzrok, ale ja już zdążyłam wstać, wykorzystując chwilę jego nieuwagi. Ciągnę go za koszulę i siłą stawiam na nogi. Przyciągam blisko do siebie. Teraz ja mam przewagę.
   - Skoro nie chcesz się zmienić, zapłacisz za swoje pomyłki - wycedziłam celowo plując mu w twarz przy następnym słowie: - W więzieniu.
   Ponownie zaczęliśmy się siłować. To nie trwało długo. Chciałam go tylko przewrócić i pozbawić przytomności na parę minut. Przysięgam. Tylko tyle chciałam...
   Ale wydarzyło się coś innego. Coś strasznego. Coś co będę pamiętać już do końca życia. Coś o czym będę śniła po nocach. Coś co okaże się jedną z najgorszych rzeczy jakie kiedykolwiek zrobiłam.
   Obracaliśmy się w około. Heres próbował mnie zepchnąć, już prawie mu się udało, ale wtedy ja pchnęłam go mocno i okręciłam. Wówczas on się potknął. Puścił moje ramiona, stracił równowagę i... spadł.
   - Heres! - wykrzyknęłam wyciągając ręce, by go złapać, ale nie zdążyłam. Spróbowałam latać, unieść się w górę i go złapać, ale nie. Na obszarze całej rakiety było to przeklęte pole siłowe.
   Opadłam na kolana i bezradna patrzyłam jak spada. Najgorsze było jednak to, że gdy spojrzałam w jego oczy nie zauważyłam gniewu, wściekłości, żalu, chęci zemsty, nienawiści czy czegoś, co znaczyłoby, że żałuje swoich czynów, że nie chce skończyć w ten sposób. Nic. W jego oczach nic nie zauważyłam. Pustka.
   Robił się coraz mniejszy i mniejszy. Byłam zbyt wysoko, by zobaczyć jak z wielkim rozpędem uderza o wodę i wpada do niej.
   I umiera.
   Załamałam się. Oczy zaszły mi mgiełką. Objęłam się w pasie i pochyliłam do przodu. Łzy kapały po kolei na metal. Zacisnęłam usta.
    Zabiłam go. To ja go zabiłam.
    W uszach brzmiały mi dopiero co wypowiedziane przeze mnie słowa: "Ja nie zabijam ludzi".
Teraz to zdanie całkowicie straciło sens. Właśnie zabiłam. Własnego przyjaciela. Znów wspomnienie naszych wspólnych zabaw. Znów kolejna łza.
    Zrobiło mi się przykro, gdy zabiłam pająka. A co dopiero teraz?
    Rozpłakałam się. Jestem potworem.
   Nie zdążyłam się zorientować, co się dzieje. Najpierw zobaczyłam cień. Dopiero po chwili doszło do mnie, że ktoś stoi nade mną z uniesionym do góry mieczem.
    Gwałtownie się odwróciłam i uniosłam ręce w obronnym geście, ale... nic więcej.
    Bruke wbił mi miecz Heresa pod lewą pierś. Głęboko, głęboko... Bardzo głęboko.
    Wydałam z siebie zduszony okrzyk. Źrenice mi się rozszerzyły. Przeraźliwy ból, jakiego jeszcze nigdy w życiu nie doznałam, przeszył moje ciało.
     Bruke z szyderczym uśmiechem wyjął miecz, tylko potęgując ból i odbiegł do kogoś innego.
     Przez moment nic nie słyszałam. Tylko własny krzyk. Nie wiem czy naprawdę krzyczałam, czy tylko mi się to zdawało. Zakręciło mi się w głowie i poczułam silne mdłości. Przyłożyłam ręce do rany i poczułam krew przelewającą mi się przez palce. Była ciepła. Obrzydliwie ciepła. Nawet nie chciałam na to patrzeć.
    Z otępienia wyrwał mnie krzyk Robina. To jeszcze nie koniec. Bomba... Podniosłam głowę. Robin stał przy drzwiach do pokoju kontrolnego. Widziałam go jak przez mgłę i słyszałam, jakbym była w wodzie.
    - Raven! Gwiazdka! Szybko! - machał do nas ręką - Osłaniajcie mnie!
I otworzył drzwi i zniknął. Za nim wbiegła Raven.
   Muszę się skupić. Skupić... Skup się, Gwiazdko. To już prawie koniec. Musisz dać sobie radę. Dasz sobie radę, dasz radę...
   Mgła zniknęła. Przyłożyłam do rany jakiś materiał. Nie wiem jaki i z skąd go wzięłam Musiałam zahamować krwotok. Wstałam. Zachwiałam się, ale udało mi się odzyskać równowagę. Dam sobie radę.
Pobiegłam do pokoju kontrolnego.
   Miałam szczęście. Gdy tam przybiegłam Czarna Jędza leżała już nie przytomna pod ścianą. Przynajmniej ją mam z głowy. Robin podbiegł do komputera.
    - Spróbuję to zatrzymać - oznajmił. Spojrzałam na jego twarz i aż mnie cofnęło. Cała, absolutnie całą, miał zakrwawioną, a w poprzek na całej jej długości miał naprawdę głęboką dziurę - Ale jeśli mi się uda... - zawahał się - Wpadniemy do wody.
    - Rób z tym! - rzuciła Raven. Też była solidnie posiniaczona i podrapana. Pod lewym okiem ktoś nabił jej porządną śliwę, a wargę miała rozbitą i spuchniętą - My cię osłaniamy.
    Do sali wbiegli Bestia i Cyborg i zaczęli wnosić do pokoju nieprzytomnych wspólników Jędzy. Spojrzałam w okno. Zbliżaliśmy się do lądu. Widziałam maleńką Statuę Wolności na horyzoncie. Nie zdążyliśmy nawet zarządzić ewakuacji. Ale gdyby nam się jednak udało, i tak cywile nie zdążyli by uciec na dostateczną odległość.
    - Robin, szybciej! - pisnęłam.
    - Staram się! - bił chaotycznie w przyciski na klawiaturze.
    Zacisnęłam pięści. Zbliżamy się. Zbliżamy. Jesteśmy coraz bliżej, bliżej, bliżej...
    Robin coś naciska. Maszyna zaczyna spadać z zawrotną szybkością w dół, obracając się przy tym o 360 stopni. Słyszę krzyk i sama krzyczę. Spadamy. To znaczy, że... bomba nie wybuchnie! Ziemia uratowana!
    A jednak się udało.
    Udało się.
    To ostatnia myśl, jaka przelatuje mi przez głowę. Potem z potężną siłą uderzamy w wodę.

wtorek, 16 września 2014

S.O.S CZĘŚĆ 16

   Wznowiliśmy walkę. Tym razem walczyliśmy na rakiecie. Na bombie tak niebezpiecznej, tak groźnej, służącej do zagłady Ziemi, ludzkości, istnienia...
   Czarna Jędza uciekła do środka maszyny, do pokoju kontrolnego. Rozkazała swojej drużynie, zająć się nami. Bestia walczył więc z Bruke'm. Zamienili się obaj w przeróżne zwierzęta. Raven i Cyborg walczyli z bliźniakami, którzy po mimo niskiego wzrostu, wykazywali się dużą siłą i sprytem. Robin mierzył się z Heresem, który trzymał w dłoni wieli miecz. Lśnił gniewnie i złowrogo w promieniach słońca. Wydawał się potężny. Robin mógł mu przeciwstawić tylko swoją laskę. Mi natomiast, dostała się dziewczyna z amputowaną ręką, która tak jak bracia, wykazała się nie małą inteligencją.
   Trzeba umieć docenić wroga. To krok do zwycięstwa.
   Waliłam w dziewczynę z całej siły, bez litości, a ona we mnie, bez żadnych skrupułów. Nie raz wiłam się i jęczałam z bólu po jej uderzeniach, ale i mi udawało się odpierać jej ataki i solidnie przywalić jej kilkakrotnie. Walka między nami była więc, można powiedzieć, wyrównana.
   Gdy zaśmiała się z satysfakcja, po tym jak kolejny raz padłam na kolana, naprawdę się wściekłam. Otarłam krew cieknącą mi z nosa i wstałam.
   - To za to, że próbowałaś zabić mnie i moich przyjaciół! - wykrzyknęłam i uderzyłam w nią laserami.
   Otworzyła usta, by krzyknąć, ale nie zdążyła. Dostała strzał prosto w brzuch, odleciała parę metrów, uderzyła o metalowy grzbiet rakiety i zemdlała. Muszę ją z stąd zabrać, bo jeszcze spadnie. Mimo wszystko, nie chcę, żeby ktokolwiek zginął. Nawet jeśli jest tak podły. Ale najpierw muszę pomóż tym po mojej stronie.
   Rozgorączkowana rozejrzałam się w około i już miałam ruszyć na pomoc Raven, gdy kątem oka zobaczyłam połysk uniesionego wysoko do góry miecza.
   - Nie! - wydarłam się i rzuciłam się w stronę Heresa, ale już było za późno, by go powstrzymać. Miecz przejechał po twarzy Robina. Od prawego czubka czoła, przez łuk brwiowy, oko, nos, policzek, usta i brodę. Wszystko rozciął. Całą twarz. Naprawdę głęboko.
   Chłopak krzyknął z bólu. Skrył twarz w dłoniach, które po krótkiej chwili były całe zakrwawione,  i padł na kolana.
   Podbiegłam do Heresa. Złapałam go za ramię i gwałtownie odwróciłam przodem w moją stronę. Nie zdążył się nawet zorientować, o co chodzi, a moja pieść uderzyła centralnie w jego nos. Usłyszałam trzask łamanych kości, a z jego nosa trysnęła krew.
   Nawet nie drgnął. Wściekł się.
   Warknął i teraz on ścisnął mi, aż do skurczu ramiona i pchnął w bok nie puszczając. Upuścił miecz, który uderzył o podłoże. Zaczęliśmy się siłować. Z przerażeniem zauważyłam, że próbuje mnie zepchnąć z rakiety.
   Spojrzałam w jego ciemne oczy, niegdyś tak życzliwe, tak mi bliskie.
   - To nie musi się tak skończyć, Heres - powiedziałam przez zaciśnięte zęby, próbując chociaż nieznaczne, o parę centymetrów, oddalić się od krawędzi - Jeszcze nie jest za późno.
   - Za późno? - pchnął mnie mocniej. Byliśmy na samym skraju - Za późno, na co?
   - Na to, by się zmienić - wydusiłam - Być kimś lepszym. Tym kim byłeś. Być sobą...
   Urwałam. Heres przymiżdżył mnie do podłoża. Leżałam na krawędzi. Głowa już luźno mi zwisała, a wiatr targał włosy.
   - Ja nie chcę być sobą! - wykrzyknął trzymając mnie za nadgarstki, bym nie mogła się ruszyć. Uśmiechał się jak szaleniec, a w oczach miał łzy - Ja już nie jestem Heresem, jakiego znałaś, mówiłem ci. Ja już nim nie jestem!
   Zacisnął mi dłonie na szyi. Strach i trwoga zamroziły mi serce. On mnie dusił! Chciał mnie zabić!
Próbowałam odciągnąć jego ręce. Nic z tego. Były jak skały. Potężne, silne, nie do pokonania. Pomyśleć, że w tych rękach kiedyś odnajdywałam bezpieczeństwo, spokój i zrozumienie.
   Dławiłam się. Wydawałam z siebie dziwne odgłosy. Zbierało mi się na wymioty. Dusiłam się.
   Heres pochylił się nade mną. Czułam jego oddech na jego twarzy. Jego usta prawie stykały się z moimi.
   - Giń, Gwiazdko - wyszeptał.

niedziela, 14 września 2014

S.O.S CZĘŚĆ 15

   Już nie miałam w sobie tej zdumiewającej energii i siły, co wcześniej, dlatego banda Czarnej Jędzy pokonała mnie w krótkim czasie, właściwie bez większego wysiłku. Znokautowana i osłabiona leżałam na skraju dachu ich bazy, oddychając ciężko i czekając, aż mnie dobiją.
   W tej chwili przybiegli Tytani. Raven i Cyborg wcale nie wyglądali lepiej niż Robin, a Bestia... Bestia leżał nieprzytomny w rękach Cyborga. Czy on żyje? Wtedy padł jako pierwszy, jego serce najdłużej nie pracowało. Modliłam się, żeby żył.
   Raven i Robin rzucili się na przeciwników, a Cyborg podbiegł do mnie i położył przede mną Bestię.
   - Zajmij się nim - przykazał.
  Nie miałam nawet czasu, by wyznać, jak bardzo się cieszę, że go widzę, bo odbiegł i dołączył do Robina i Raven.
   Delikatnie położyłam głowę Bestii na kolanach. Widziałam jak jego klatka piersiowa unosi się i opada w prawidłowym tempie. Odetchnęłam z ulgą i nadgarstkiem otarłam samotną łzę spływającą mi po policzku. Czyli żyje. A jednak. Udało się. Wszyscy moi przyjaciele żyją, a jeszcze kilkanaście minut temu, wydawało mi się, że straciłam ich na zawsze.
   - Bestio - powiedziałam cicho głaszcząc go delikatnie po głowie - Bestio, obudź się, proszę. Potrzebujemy cię.
  Chłopak zmarszczył brwi. Skrzywił się, przekręcił głową i dopiero wtedy otworzył oczy. Spojrzał w moje, a ja w jego. Zaśmiałam się i uścisnęłam go.
   - Co się stało? - zapytał słabym głosem.
   - Później ci wszystko wyjaśnię - powiedziałam odsuwając się od niego - Musimy ich pokonać - wskazałam na bandę walczącą z pozostałymi Tytanami.
   Bestia zdecydowanie kiwnął głową i jakby nigdy nic, rzucił się do ataku. Ja ruszyłam tuż za nim.
   Walka trwała długo. Wydawać by się mogło, że naprawdę wygrywamy to starcie. Ale to było błędne stwierdzenie. Kątem oka, walcząc z jednym z bliźniaków, zauważyłam jak rakieta przygotowuje się do startu.
   - Uwaga! - krzyknęłam ostrzegawczo do pozostałych, wskazując na bombę.
Robin zrobił rozbieg, odbił się od podłoża dachu i wskoczył na nią.
   - Tytani, za mną! - wykrzyknął.
   Biegiem ruszyłam w jego kierunku. Nie mogłam latać. Tutaj też było to pole siłowe. Oczywiście... Rakieta odpaliła i zaczęła się unosić do góry. Rzuciłam się i zapewne nie udałoby mi się doskoczyć, gdyby Cyborg nie złapał mnie w ostatniej chwili za nadgarstek. Spojrzałam w górę. Uśmiechnął się do mnie, pomagając mi się wciągnąć na maszynę.
   - Już mnie nie powstrzymacie! - skrzeczała Czarna Jędza - Bomba uderzy w ziemię za pięć minut. Wszystko i wszyscy zginą w promieniu dwustu kilometrów! Razem z wami! Ekipa, zakładać kamizelki ratunkowe i spadochrony. Przygotować się do ewakuacji. A nawet jeśli nam się nie uda, ja i moi wspólnicy mamy wszczepione specjalne chipy, które pozwolą nam przeżyć. Czyli innymi słowy, nie macie szans, dzieciaczki!
   Zauważyłam, że prócz jej i nas całej drużynie udało się wskoczyć na rakietę. Mam nadzieję, że nie przyspieszy. I tak z trudem się na niej utrzymujemy. Poza tym, możemy potrzebować trochę czasu.
   - Nie mów hop, póki nie przeskoczysz - powiedział Robin, po czym dodał: - Tytani, wio!


    Może jakiś komentarz, by się przydał? Ten blog istnieje już miesiąc i ma zero komentarzy. Proszę o chociaż jeden. Chcę wiedzieć, jak się Wam podobają moje opowiadania ;)

sobota, 13 września 2014

S.O.S CZĘŚĆ 14

   Coś uderzyło w kulę i odbiło ją. Poleciała na sam koniec sali, uderzyła o ścianę, po czym opadła. Powoli uniosłam wzrok. Szczęka znów zaczęła mi drgać, a łzy ponownie zalały oczy. Czy to możliwe? Czy ja już umarłam
   Robin stał przede mną. Nie patrzył na mnie, stał tyłem. Przodem do dziewczyny z pistoletem. Otworzyła szeroko usta. Była zbita z tropu. Nie tylko ona.
   Patrzyłam z podziwem, wciąż nie dowierzając, jak Robin z nią walczy. Była silna, ale nie na tyle, by zwyciężyć pojedynek. Robin rozłożył ją na łopatki. Po kilkudziesięciu sekundach opadła na ziemię tracąc przytomność.
   Wstałam powoli nie odwracając wzroku od Robina, podeszłam i delikatnie wzięłam jego twarz w dłonie, chcąc się upewnić, że to prawdziwy on, a nie jakieś chore złudzenie. Był blady jak ściana, ale uśmiechał się do mnie promiennie.
   Po chwili, kiedy już pozbyłam się wszelkich wątpliwości, na mojej twarzy też zakwitł szeroki uśmiech. Coraz większy, większy... Ze śmiechem rzuciłam mu się na ramiona, obejmując go w pasie aż za mocno.
   - Robin - łkałam - Ty żyjesz... - poklepał mnie po plecach, a ja się odsunęłam - Jak się czujesz?
   - Nieważne - odpowiedział - Musimy działać, Gwiazdko.Biegnij na dach i spróbuj ich powstrzymać. Ja spróbuję obudzić resztę - spojrzałam na nieprzytomnych Raven, Bestię i Cyborga. Czy oni też żyją? Błagam, niech to będzie prawda. Znów odrodziła się we mnie nadzieja.
   Robin miał rację. Nie mogłam tu zostać. Uścisnęłam jego dłoń, na wszelki wypadek. Nie wiadomo, co będzie dalej. Wybiegłam z sali i ruszyłam w stronę pierwszego miejsca, gdzie mogła stać bomba, jakie mi przyszło do głowy. Na dach.
   Dobry wybór. Dotarłam na niego w momencie, kiedy Czarna Jędza wyszła z olbrzymiej białej rakiety, będącej zapewne bombą. Na mój widok wbiło ją w podłogę.
   - Zabiłaś ich? - wykrztusiła po chwili.
Pokręciłam głową patrząc na nią złowrogo.
   - Ja nie zabijam ludzi - powiedziałam zimno, po czym wykrzyknęłam: - w przeciwieństwie do ciebie!
   Wystrzeliłam w nią lasery. Znów udało się jej odskoczyć. Podniosła się z podłogi i zmierzyła mnie rozwścieczona, po czym rzuciła się w moją stronę.
   Zaczęła się walka. Czarna Jędza była silna. Zbyt silna. W starciu z nią miałam mniejsze szanse, niż jej pomocniczka, która przed chwilą przegrała z Robinem. Teraz jeszcze się trzymam i odpieram jej ataki, ale długo nie dam jej rady. Błagam, Robin, przyjdźcie już...
  Ale zamiast Robina i pozostałych Tytanów przyszedł kto inny. Wspólnicy Jędzy. Bracia, Bruke, dziewczyna i Heres. W ogóle ich nie skrzywdziłam. Nie wyglądali na zbyt osłabionych, by walczyć. Wręcz przeciwnie. Byli w o wiele lepszej kondycji niż ja. Wszyscy rzucili się na pomoc swojej szefowej.

piątek, 12 września 2014

S.O.S CZĘŚĆ 13

   To było tak, jak po porwaniu Bestii, tylko kilkadziesiąt razy mocniej. Rozpacz przerodziła się w gniew. Rozsadzał mnie całą od środka. Uniosłam się do góry. Poczułam wiatr we włosach. Wszystko w około zaczęło się trząść. W dłoniach zaczęła potęgować mi się siła. Moja moc.
   - Nie mieliście do tego prawa! - ryknęłam niespodziewanie.
Strzeliłam potężną dawką laserów w dźwignię. Rozwaliłam ją. Strzeliłam w szybę. Rozbiłam ją. u.
Wszystkim uśmiech zeszły z twarzy i powoli zaczęli się cofać.
   - Nikt nie miał do tego prawa!!! - wykrzyknęłam i rzuciłam laserami w ich stronę. Zdążyli odskoczyć.
   - Uciekamy? - zapytał Jędzę jeden z braci.
   - Nie - zaprzeczyła twardo nie spuszczając ze mnie oczu - Bierzcie ją. Ja idę przygotować rakietę do startu.
   Wybiegła z sali, a pozostali mnie otoczyli. Nie wyglądali jednak na tak pewnych siebie, jak przed paroma minutami.
   Jest źle. Bardzo źle, ale muszę pamiętać jaki jest cel misji i na chwilę zapomnieć o tym, co się przed chwilą wydarzyło. Nie mogę dopuścić do wybuchu bomby.
   - Zapłacicie mi za to! - wpadłam w furię i strzelałam laserami gdzie popadnie, nie zważając na nic.
   Walka nie trwała długo. Po minucie wszyscy leżeli nie przytomni na podłodze. Ale ja wcale nie czułam się lepiej. Misja, bomba... Nie.. Nie mogę...
   Znów padłam na ziemię. Chwyciłam się zaciśniętymi w pięści rękoma za głowę i zaczęłam kołysać się w przód i w tył, w przód i w tył.
   Cyborg, Robin, Bestia, Raven. Cyborg, Robin, Bestia, Raven. Cyborg, Robin, Bestia, Raven...
   Nagle coś usłyszała. Serce mi zamarło i natychmiast przestałam płakać. Ktoś załadował broń. Wprowadził kulę do tunelu w pistolecie. Powoli podniosłam głowę.
   Zapomniałam. Zapomniałam o niej...
   Dziewczyna z amputowaną ręką stała przede mną cała i zdrowa. Uśmiechnęła się triumfalnie i nacisnęła na spust.
   Ponownie tempo spowolniło, specjalnie, abym mogła zrozumieć, co się dzieje i co stanie się za chwilę. Żebym mogła o wszystkim pomyśleć, nic nie dać rady zrobić.
   Kula zbliżała się do mojej głowy. Wiedziałam, że jest już za późno. Nie zdążę pochylić się i uniknąć śmiertelnego pocisku. Nie uda mi się. Kula wbije mi się w głowę. Dołączę do przyjaciół.
   Zgadzam się.
   Przegrałam. Okazałam się nikim. Umrę.
   Zgadzam się. Zgadzam się. Zgadzam się.
   Umrę. Bomba zostanie zrzucona przeze mnie. Przeze mnie zginą tysiące, a później jeszcze więcej. Doprowadzę do zagłady.
   Ostatnia chwila mojego życia.
   Nie. Nie zgadzam się.    

czwartek, 11 września 2014

S.O.S CZĘŚĆ 12

      Czarna Jędza odrzuciła mnie, odwróciła na pięcie i stanęła zadowolona przed swoją drużyną, by teraz napalać się moją słabością. Dławiłam się płaczem. To nie jest normalne. To nie dzieje się na prawdę. 
   Z trudem uniosłam głowę. Nie chciałam tego widzieć, ale w głębi duszy, wciąż miałam nadzieję, że nic złego się nie stanie, że to się skończy, moi przyjaciele uwolnią się w jakiś sposób i przeżyją.
   Przez łzy zobaczyłam, jak Bestia pada na ziemię. Raven podbiegła do niego i wzięła na kolana krzycząc coś do niego i szarpiąc. Bez skutku. Spojrzałam na ekran. Trzy. Tylko trzy. Bestia umarł.
    Zaczęłam się rwać, gryźć i kopać Bruke'a. Nic z tego.
   - Skończ! - ryknęłam w stronę Jędzy - Nie rób tego!   
   Robin rzucił się na szybę i zaczął gorączkowo tłuc w nią laską. Wiedziałam, że skoro nie udało mu się jej wcześniej rozsadzić, skoro wytrzymała lasery Cyborga, zaklęcia Raven, uderzenia Bestii zamienionego w najróżniejsze zwierzęta, to i teraz się nie uda.
   Już prawie nie widziałam nic, co dzieje się za szyba. Całe pomieszczenie było zagazowane. Ostatnie, co zobaczyłam, to Cyborg usuwający się na podłogę.
   Dwa. Trójka zamieniła się w dwójkę. Cyborg umarł.
   - Błagam.. - łkałam - Błagam cię... Tylko nie to... ja... błagam...
Płacz całkowicie odebrał mi mowę. Wciąż jednak próbowałam uwolnić się z silnego i bolesnego uścisku Bruke'a. Ale straciłam już wszystkie siły.
    Teraz już nic nie mogłam zobaczyć. Widziałam tylko Robina, który się nie poddawał i wciąż próbował stłuc szkło. Pokręciłam głową. Nie uda mu się...
   Jesteśmy tacy bezbronni. Przegraliśmy.
   Dwójka znikła, a w jej miejsce pojawiła się jedynka. To Raven. Właśnie straciłam Raven.
   Jędza wybuchnęła śmiechem, a reszta za nią. Jak maszyny. Na prawdę to ich bawi? Śmierć i cierpienie? Jak można być, aż tak podłym?
   - Skończ!!! - ryczałam wniebogłosy, rzucając się niczym opętana - SKOŃCZ!!!
   Jedynka na ekranie zaczęła mrugać. Znikała i pojawiała się z powrotem. To koniec... Nie uda mu się... Nie ma szans.
   Spojrzałam, z wielkim bólem serca, by zobaczyć jak tracę ostatniego mojego przyjaciele. Robin wypuścił laskę z dłoni i powoli zaczął się osuwać. Patrzyłam przez łzy jak opada. Widziałam to jak w spowolnionym tempie. Jedynka mrugnęła ostatni raz i zniknęła.
   Na ekranie pojawiło się wielkie zero.
   Wielkie zero, Nic. Pustka. To właśnie poczułam w swoim sercu. 
   Jędza chyba coś powiedziała, bo Bruke mnie puścił, ale tego nie usłyszałam. Nic nie słyszałam. Tylko ich śmiechy, radosne rozmowy. Nic nie widziałam. Tylko ich uśmiechnięte, rozpromienione twarze. Już nigdy tego nie usłyszę. Nie zobaczę...
   Powoli opadłam na kolana. To nie może być prawda. To nie mogło się tak skończyć. Teraz zostałam sama. Naprawdę sama.

środa, 10 września 2014

S.O.S CZĘŚĆ 11

     Czarna Jędza odwróciła się do mnie przodem.
   - Miałam zamiar zabić was wszystkich razem  - powiedziała przechadzając się powoli po pomieszczeniu - Ale skoro doszłaś tak daleko... - spojrzała mi w oczy, a ja zesztywniałam - Jeszcze troszkę pocierpisz. Chcę to widzieć. Chcę widzieć, jak widzisz jak twoi przyjaciele umierają.
   Przez dłuższą chwilę nie mogłam nic powiedzieć, więc patrzyłam tylko na nią, próbując przetrawić to, co właśnie usłyszałam. Szczęka niepohamowanie mi się trzęsła, a po policzkach spływały łzy.
   - Po co ci to? - udało mi się w końcu odezwać. Głos miałam zachrypnięty, niemal niesłyszalny. Spojrzałam błagalnie na Heresa, ale on tylko szerzej się uśmiechnął, najwyraźniej usatysfakcjonowany moją bezradnością.    
   - Bruke, bierz ją - rozkazała Czarna Jędza, a Bruke, czyli puma, podszedł do mnie i zanim zdążyłam się przeciwstawić, objął mnie swoimi wielkimi ramionami, wygiął moje ręce do tyłu, zmienił się w goryla i przytrzymał tak, że nie mogłam się w ogóle ruszyć.
   Jęknęłam cicho z bólu, ale wciąż mierzyłam wściekłym wzrokiem Czarną Jędzę. Ona nie może tego zrobić. Nie może...
   Uśmiech zszedł jej z twarzy. Teraz pojawiła się na niej nienawiść. Podeszła do maszyny stojącej pod ścianą i nie spuszczając ze mnie oczu, pociągnęła za ciężką dźwignię.
   Powoli odwróciłam głowę i spojrzałam za szybę. Z małych otworków w ścianach zaczął wylatywać zielony gaz. Gaz... To trucizna! Zabije moich przyjaciół!
   - Skończ! - wydarłam się i próbowałam się wyszarpać, ale Bruke tylko mocniej mnie do siebi przyciągnął - Przestań! Wyłącz to!
   Cyborg, Besia, Robin i Reven zaczęli zapychać otwory, czym tylko mogli, ale ich było za dużo. Nie mieli szans.
   - Głupcy - prychnęła Jędza, a pozostali zgodnie zawtórowali jej cichym śmiechem. Bruke trząsł się, gdy rechotał - To nic wam nie da! - wykrzyknęła tak, by usłyszeli ją za szybą i zaśmiała się podle, po czym odwróciła się do towarzyszy - Zakładamy się? - zapytała.
   - Ta dziewczyna padnie pierwsza - odpowiedział jeden z bliźniaków po chwili namysłu.
   - Nie - zaprzeczył jego brat - Pierwszy będzie ten zielony, a ostatni będzie robot.
   - Z skąd! - zaśmiał się Heres i popatrzył na mnie - Gwiazdka za chwilę się podda i się na tu przewróci, za nim tam cokolwiek się wydarzy.
W odpowiedzi cała szóstka wybuchnęła śmiechem. Spojrzałam na Jędzę.
   - Nie możesz tego zrobić - łkałam, wciąż nieskutecznie próbując się uwolnić - Nie możesz ich zabić...
   - Ależ owszem, mogę - zaszydziła. Wyszczerzyła wszystkie zęby w okrutnym uśmiechu - A teraz instrukcja obsługi. Spójrz na ekran - wskazała na mały monitor na ścianie nad dźwigną. Widniała na nim cyfra "cztery" - Za każdym razem, gdy któremuś z twoich przyjaciół przestanie pracować serce, cyfra się zmniejszy...
   - Uwolnij ich! - przerwałam jej, rzucając się w uścisku potężnego goryla stojącego za moimi plecami - Natychmiast!
Twarz jej sposępniała.
   - To ja tu jestem od zadawania rozkazów - warknęła. Podeszła i chwyciła mnie za brodę, naciągając mnie do niej. Nasze twarze prawie się stykały -Jak skończę z nimi, zabiorę się za ciebie - wycedziła tak cicho, że ledwo ją usłyszałam. Nie mogłam powstrzymać szlochania - Co powiesz, Gwiazdko, na przywiązanie cię do bomby?

wtorek, 9 września 2014

S.O.S CZĘŚĆ 10

     - A oto i ona - odezwała się kobieta stojąca w kącie pokoju. Była wysoka i miała na sobie długą, czarną pelerynę. To musi być ich przywódczyni. Czarna jędza, o której mówił tamten mężczyzna. Twarz miała skrytą w cieniu, jaki rzucał kaptur na jej głowie - Doba robota, Gwiazdko - nie zdziwiłam się, że zna moje imię - Uwolniłaś tych ludzi. A teraz niespodzianka: byli tylko przykrywką. Mieli tylko was tutaj ściągnąć...
  - Nieudana niespodzianka - przerwałam jej - Już się o tym dowiedziałam.
  Przyglądnęłam się pozostałym. Dwójka niskich chłopaków, identycznych, dziewczyna z jedną amputowaną ręką, czarna puma, ta która nas zaatakowała, zmieniająca się w ciemnoskórego mężczyznę. Musiał mieć takie same zdolności jak Bestia. I jeszcze jeden chłopak. Chłopak, którego znałam.
   Miał na sobie kostium obowiązujący podczas świąt na Tamaran. Blond włosy, rozczochrane na wszystkie strony i wielkie ciemno brązowe oczy. Chodziłam z nim przez kilka lat do szkoły. Byliśmy najlepszymi przyjaciółmi.
   - Heres... - wyszeptałam - Co ty tu robisz? Z nimi...?
Heres zaśmiał się cicho. Spojrzał na mnie tak, że aż przeszył mnie dreszcz i obdarzył paskudnym uśmiechem. Wszyscy wykrzywili usta w tym grymasie.
   - Już nikt mnie tak nie nazywa - powiedział. Jego głos nie brzmiał już tak ciepło i łagodnie, jak dawniej. Był zimny i pusty - Teraz jestem Krwawa Łapa. A to jest mój zespół - rozłożył ręce i z triumfem rozejrzał się po wspólnikach.
   Pokręciłam głową z niedowierzaniem. Nie. To nie może być prawda. Nie on...
   - Jak mogłeś? - głos mi się łamał.
   - Ziemia zawsze mnie irytowała. Nie mówiłem ci nigdy? Dziwne... Tak często ze sobą rozmawialiśmy...
   Czy on się ze mną droczy? Dlaczego to robi? Nie mogę w to u wierzyć. Heres, w którego ramionach zawsze znajdywałam wsparcie, zrozumienie, pocieszenie? Przy, którym zawsze czułam się bezpieczna, akceptowana? Przy, którym mogłam być zawsze sobą? Bo tylko on mógł wytrzymać moje szaleństwa i wygłupy, bo sam zachowywał się tak samo. Na Tamaran, był moim największym przyjacielem i sojusznikiem. A teraz okazuje się, że jest moim wrogiem.
   - Cóż, pomyślałem, że z tymi oto ludźmi, zniszczę tę planetę, zanim zaatakuje nasz Tamaran i dojdzie do wojny, której nie mielibyśmy szans przetrwać - kontynuował, napalając się moją rozpaczą - Ty też powinnaś...
   - Nie! - wykrzyknęłam. Łzy zalały mi oczy - Ty nie nie wiesz. Nie wiesz jaka jest ta planeta. Ci ludzi...
Heres pokręcił głową i uniósł dłoń, uciszając mnie.
   - Naiwna jak zawsze - parsknął - Nie, Gwiazdko. To ty nic nie wiesz. Z resztą, bez znaczenia. Zniszczymy Młodych Tytanów, a potem całą tę głupią planetę.
Otarłam łzę z policzka.
   - Po moim trupie - warknęłam patrząc na niego gniewnie - Gdzie oni są?
   - Ojej - wtrąciła się Czarna Jędza. Zdjęła kaptur i zobaczyłam jej twarz, całą porytą bliznami. Uśmiechnęła się tak jak reszta, wychodząc z cienia - Dziewczynka, chce zobaczyć ostatni raz swoich przyjaciół? To na prawdę smutne... Ależ oczywiście, że się na to zgodzę.
  Jej oczy zabłysnęły i uniosła wysoko głowę. Zacisnęłam pięści. Cała się trzęsłam. Czarna Jędza podeszła do ściany i zaczęła powoli, zdecydowanie specjalnie, podnosić żaluzję. Patrzyłam w napięciu, a gdy skończyła, zobaczyłam ich.
   Cyborg, Raven, Robin i Bestia. Wszyscy stali za szklaną szybą. Tłukli w nią z całej siły próbując się uwolnić i coś krzyczeli, ale nic nie było słychać. Domyśliłam się, że każą mi uciekać. Ale ja nie mogłam się ruszyć.  

piątek, 5 września 2014

S. O. S CZĘŚĆ 9

     Pod ścianą stał jakiś starszy mężczyzna i nie wyglądał jakby kwapiło mu się do ucieczki.
   - Niech się pan pospieszy! - ponagliłam go ręką.
   - To nie możliwe - pokręcił głową wciąż się nie ruszając - Udało wam się wydostać?
   - Co? - ściągnęłam brwi - O czym pan mówi?
   - Widziałem jak prowadzili jednego z was - tłumaczył - Myśleliśmy, że was złapali i już po nas.
Podbiegłam i ścisnęłam mu jego chude, kościste ramiona tak mocno, że na pewno go to zabolało. Ale nie zawracałam sobie tym głowy.
   - Wiesz gdzie są moi przyjaciele? - zapytałam z nie skrywaną radością.
Mężczyzna wydawał się lekko zaniepokojony moim zachowaniem. Co mogłam poradzić? Tak bardzo chciałam ich znów zobaczyć. Żywych.
   - Chyba na drugim piętrze ich przetrzymują - powiedział - sala 208? Chyba tak. Posłyszałem jak coś tu mówili między sobą.
   - Kto? - zapytałam krążąc oczami po jego pomarszczonej twarzy - Kto mówił?
   - Ci porywacze - odparł oschło - To banda łotrów.
   - Wielu ich jest?
   - Przynajmniej sześcioro. Na czele z Czarną Jędzą...
   - W wiadomości pisaliście, że mają złowrogi plan - mówiłam szybko. Każda sekunda się liczy - O co chodzi, wiecie?
   - Pewnie - parsknął - Z wielkim entuzjazmem zdradzili nam plan zrzucenia bomby na Nowy Jork.
   - Słucham? - zamurowało mnie.
Mężczyzna potaknął zrezygnowany.
   - Tak chcą zrobić. Ta bomba ma naprawdę potężny zasięg rażenia. Oni nie żartują. Widziałem ją na własne oczy, a kiedyś przez długie lata pracowałem w wojsku, więc znam się trochę na broni. Jest na prawdę groźna.
   Ręce mi opadły i poczułam na sobie coś ciężkiego. Tylko nie to... Taki est więc ich plan. Muszę działać. Natychmiast.
   - Po prostu czekali na was - dopowiedział staruszek - Żeby was zniszczyć najpierw.
Ponownie poczułam jak krew pulsuje mi w żyłach.
   - Niech pan dołączy do pozostałych - rzuciłam jeszcze wybiegając z aresztu - Dziękuję!
   Pędziłam korytarzem, schodami. Tutaj już mogłam swobodnie latać. Sala 208, 208. Gdzie ona jest? 205, 206, 207... Tak! 208! To tutaj.
   Z całej siły pchnęłam drzwi i stanęłam w progu dysząc ciężko. Nie widziałam tam moich przyjaciół, ale byli tam porywacze. Wszyscy. Tak też dobrze. Teraz stłukę ich na kwaśne jabłko.


Trochę krótko, ale musicie mi wybaczyć. W roku szkolnym będę dodawać posty trochę rzadziej nie będą za długie. Wy też pewno nie macie zbyt dużo czasu na czytanie. Ale raz w tygodniu, będzie się tu coś pojawiać. Jak się uda to częściej. Swoją drogą, może jakiś komentarz by mnie zmotywował? Jak znacie jakieś miejsce, gdzie można by zareklamować mojego bloga, to proszę zróbcie to. Ja już nie wiem, gdzie mam zdobyć chociaż odrobinę więcej czytelników... Nawet nie wiem, czy mam pisać do WAS, czy do CIEBIE... Jestem załamana, patrząc na dzienne wyświetlenia i po dziesięć komentarzy do jednego pasta na innych blogach z opowiadaniami o Młodych Tytanach. Moje są naprawdę, aż tak złe...?
    

poniedziałek, 1 września 2014

S.O.S CZĘŚĆ 8

    Patrzyłam jak Bestia z krzykiem spada w dół. Też krzyczałam i płakałam, ale już nic nie mogłam zrobić. Za chwilę, za kilka krótkich sekund, uderzy o ziemię i na moich oczach zginie.
   Wtem coś czarnego, zupełnie bez kształtu, z zawrotną szybkością wyleciało z dżungli. Złapało Bestię nie całe dwa metry nad ziemią, w ostatnim momencie. Razem z nim, nawet nie spowalniając, odleciało i zniknęło w ta odległej jeszcze dla mnie bazie.
   Opadłam na kolana podpierając się trzęsącymi rękoma i wbiłam wzrok w ziemię. Oczy momentalnie zaszły mi mgiełką. Jedna łza, druga, trzecia. Spływały mi po gorących policzkach jedna po drugiej. Już dobrze, uspokój się. Bestia nie zginął. Mógł umrzeć, ale nie umarł. Nie, nie o to chodzi. Nie ma go tu ze mną, tak samo jak całej reszty. Zostałam sama.
   Sama nie dam sobie rady. Nie mam nawet o czym mówić. Nie dam i już. Zawsze działałam w grupie. Teraz to co innego. Teraz jestem sama.
   Co dzieje się z moimi przyjaciółmi? Co dzieje się z ludźmi, którzy nadali sygnał? Kto, albo co jest za to odpowiedzialny? Co oznacza "zniszczyć więcej niż tylko więźniów"? Czułam, że zaraz wybuchnie mi głowa. Z każdym pytaniem rodziło się kolejne. Na żadne z nich nie znałam odpowiedzi.
   Wtedy coś sobie uświadomiłam. Odpowiedzią byłam ja. Ja mam uratować pasażerów zaginionego samolotu, niewinnych ludzi. Ja mam uratować Cyborga, Raven, Robina i Bestię. Ja mam dowiedzieć się kto jest za to odpowiedzialny. Ja mam poznać jego plany. Ja mam go powstrzymać.
   Ścisnęłam w dłoniach pył, tak mocno, że zbielały mi kostki. Zacisnęłam usta, przygryzłam wargi. Spięłam wszystkie mięśnie. Wyprostowałam się powoli i z nienawiścią spojrzałam na bazę. Już nie byłam załamana. Byłam wściekła.
   Szłam godzinami, ale w ogóle tego nie czułam. Mijały minut, godziny. Nie zwracałam uwagi na upał dnia i mróz nocy. Nie czułam ukąszeń skorpionów. Nie obchodziły mnie. Nie obchodziło mnie nic, co działo się w okół. Ból, który czułam w całym ciele, co chwilowe upadki, potknięcia, poślizgi, osuwiska, zadrapania. Nic. Miałam przed oczami tylko swój cel i tylko on mnie obchodził. To dziwne, ale w ogóle nie czułam głodu i pragnienia. Czułam wyłącznie wściekłość. Zmobilizowała mnie. Zawładnęła wszystkim innym. Przeraźliwa, potężna wściekłość, jakiej jeszcze nigdy w życiu nie doznałam. Zdumiewająca. Zdominowała mnie całą. Od pięt do czubka głowy. Prowadziła mnie. Cały czas. Ani trochę się nie zmniejszając.
   Wędrowałam samotnie prawie trzydzieści godzin i w końcu dotarłam pod bazę. Zatrzymałam się i przyglądnęłam się jej. Była potężniejsza niż się zdawało, patrząc z daleka. A jednocześnie prawie w ogóle niewidoczna.
   Nie zdziwiłam się, gdy drzwi do środka otworzyły się bez problemu, gdy nacisnęłam na klamkę. Skoro porwali moich przyjaciół, będą chcieli i mnie. Czekają na mnie.
   Weszłam do środka. Nie było tam zbyt sympatycznie. Surowy wystrój, tylko najpotrzebniejsze, najpraktyczniejsze przedmioty. Szłam normalnie długim korytarzem. W czasie wspinaczki opracowałam wstępny plan działania. Najpierw znajdę tych ludzi i spróbuję się czegoś od nich dowiedzieć.
   Zgodnie z moimi podejrzeniami areszt znajdował się w piwnicy. Drzwi do niego, od mojej strony, były otwarte. Oczywiście. To specjalnie. Za łatwo mi szło, nie może to trwać zbyt długo.
   Popchnęłam mosiężne drzwi, które uderzyły o ścianę. Moim oczom ukazali się więźniowie. Wielki kamień spadł na moje serce, a ramiona mi opadły, widząc około trzydziestu ludzi, pogarbionych, skulonych przy zimnej ścianie. Wyrazy ich twarzy były takie smutne, zmęczone i zrezygnowane. A te blade twarzyczki dzieci, po których spływały łzy? Ci ludzie czekali na mnie. Unieśli głowy, a widząc mnie, w ich oczach znów zagościła radość i nadzieja.
   Łzy wzruszenia naszły mi do oczu.
   - To wy nadaliście sygnał S.O.S? - zapytałam głośno.Kiwnęli głowami i coś mruknęli. Nie którzy zaczęli cicho płakać ze szczęścia - Nie martwcie się - powiedziałam wyciągając nadajnik - Wzywam po was jednostki specjalne. Odwiozą was do domów. Jesteście bezpieczni.
   Kolejna fala płaczu i śmiechu. Wezwałam pomoc. Jakiś mężczyzna po drugiej stronie słuchawki powiedział, że przybędą za około czterdzieści minut.
   - Posłuchajcie mnie - próbowałam przekrzyczeć tłum - Pomoc już nadciąga. Wypuszczę was z budynku. Ruszajcie szybkim krokiem w dół i wypatrujcie helikopterów - szerzej uchyliłam drzwi - Szybko, pospieszcie się! - wykrzyknęłam - Nie ma czasu.
   Wszyscy się rzucili. Przepychali się w drzwiach. Każdy chciał jak najszybciej się wydostać.

niedziela, 31 sierpnia 2014

S.O.S CZĘŚĆ 7

 Obudziły mnie ptaki. Otworzyłam oczy. Było jasno, a słońce już paliło. Dlaczego spałam tak długo? Już od dawna powinnam być w drodze. Cała obolała usiadłam krzywiąc się i podpierając się sztywnymi rękoma. Rozmasowałam kark. Głowę miałam ciężką. Mrugnęłam kilka razy chcąc przyzwyczaić oczy do jasności, po czym przeciągnęłam się, a w kręgosłupie mi strzeliło.
   Bestia leżał na mojej ręce i ślinił ją. Gwałtownie wyrwałam ją spod jego głowy i z obrzydzeniem wytarłam o pelerynę, po czym ściągnęłam ją z nas obydwu. Moment, obydwu?
   Powinnam się wcześniej zorientować, że przespałam całą noc, nikt nie budził mnie i Bestii na zmianę warty. Wstałam i rozejrzałam się w około.
   - Robin? - zawołałam najpierw cicho, mając nadzieję, że to dowcip. Nic. Cisza - Robin! - zawołałam dużo głośniej - Robin!
Kucnęłam przy Bestii i zaczęłam szarpać go za ramię.
   - Bestio, wstawaj - powiedziałam budząc go - Robin gdzieś zniknął.
   Szukaliśmy go przez ponad piętnaście minut. Chociaż nie znaleźliśmy kartki z zapisanym adresem bazy porywaczy, stało się pewne, że Robin został porwany, tak jak Cyborg i Raven wcześniej. Zostałam tylko ja i Bestia.
   Szliśmy przez dżunglę tylko dwie godziny. Gdy wyszliśmy byliśmy już pod górami. Spojrzałam w górę. Zachwyt znów mnie obezwładnił. Skały w piaskowym kolorze. Wyglądały na potężne od dołu. Nad nimi świeciło wielkie słońce. Były strome. Bardzo strome. Jak pionowa ściana, tylko że z wystającymi skarpami. Były nagrzane od słońca, biło od nich gorąco. Potężne, niebezpieczne, nieprzewidywalne. A my mieliśmy się dostać prawie na ich szczyt.
   - Nie ma sensu się po nich wspinać. Wiem, że mieliśmy się nie rzucać w oczy. I tak wiedzą, że tu jesteśmy. Lecimy - stwierdził Bestia zamieniając się w jastrzębia.  
Kiwnęłam głową i odbiłam się od ziemi.
   Uleciałam kilkanaście metrów i z całej siły uderzyłam w coś głową. Z jękiem z powrotem powoli opadłam na ziemię. Bestia podobnie.
   - Co to było? - zapytał odmieniając się i pocierając tył głowy.
   Uniosłam wzrok. Nic nie widziałam. Wstałam i ostrożnie podleciałam w górę z uniesionymi rękoma. Dokładnie w tym samym miejscu natrafiłam na coś czego nie widziałam. To było jak wielka, szeroka, gruba i długa płyta. Tyle, że nie widzialna. 
   - To chyba pole siłowe - powiedziałam lądując.
   - I co teraz? - zmartwił się Bestia.
   Spojrzałam jeszcze raz w górę i wtedy zobaczyłam fioletowo- pomarańczowe połyskiwanie. Znałam je. Na Tamaran wszyscy latają, nikt nie chodzi, tak jak tu, na Ziemi, bo nie ma tam grawitacji. Dlatego do zabezpieczania ważniejszych miejsc, używa się specjalnego, trochę innego, o odmiennych właściwościach, pola siłowego o fioletowo- pomarańczowym połysku. Takie jak to.
   Ale z skąd wynalazek Tamaran na Ziemi?
   - Musimy iść, Bestio - powiedziałam - Wspinać się. Nie lecieć.
   - Co? - zdziwił się Bestia - Czemu? Ale jak to? Skoro nie możemy, lecieć, to nie możemy też...
   - Możemy - przerwałam mu - Wszystko ci wytłumaczę, ale po drodze. Chodźmy już.
   Wspinaliśmy się już trzecią godzinę. Było jeszcze gorącej, ciężej i bardziej męcząco niż w puszczy. Kamyki za każdym krokiem usuwały się, utrudniając wędrówkę. Tak samo jak unoszący się w około duszący pył. Pod stopami biegały skorpiony, na które trzeba było uważać, zwłaszcza że trudno je było zobaczyć. Małe, w kolorze skał.
   - Robin mówił coś, że ci ludzie pisali, że porywacze mają zniszczyć o wiele więcej, niż tylko ich - przerwał ciszę Bestia - Masz pojęcie, o co może chodzić?
   - Nie mam - odpowiedziałam krótko średnio mając ochotę na rozmowę - Nawet nie chcę się domyślać. Zastanawia mnie za to, dlaczego porwali naszych przyjaciół? Dlaczego robią to stopniowo? Przecież i tak tam idziemy. Co innego, gdybyśmy byli jak ci więźniowie i udało nam się uciec...
   Bestia nie odpowiedział, co oznaczało, że też się nad tym głowi. Dopiero po godzinie, odezwał się ponownie.
   - Tęsknisz za czymś? - zapytał.
   To pytanie całkowicie mnie zatkało. Bestia zadał tak głębokie pytanie na samym środku pustkowia, gdzieś gdzie nikt nie ma siły nawet jęknąć, w takiej sytuacji, kiedy nie wiemy, w co się pakujemy. Wiemy tylko, że nie możemy stać bezradnie i nic nie robić.
   - Dlaczego pytasz? - odpowiedziałam pytaniem na pytanie. Czy naprawdę, aż tak wszystko po mnie widać? Wszystkie moje emocje od razu wypływają na wierzch? To tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że jestem największym słabeuszem w tej ekipie. 
   - A nic tak... - westchnął - Chciałem tylko jakoś skrócić czas i takie tam... Nieistotne...
   Po jego głosie wywnioskowałam, że bardzo zależy mu na tej rozmowie. Zrobiło mi się aż przykro. Wczoraj mało co się nie popłakałam przy rozmowie z Robinem. Nie wiem, ja będzie dzisiaj, ale wiem jedno: Nie chcę, żeby Bestia był smutny. I tak mamy mnóstwo powodów do zmartwień.
  - Za Tamaran - powiedziałam - Za domem, za tymi wszystkimi radosnymi świętami i w ogóle dniami - rozmarzyłam się, a łagodny uśmiech sam zakwitł na uśmiech na mojej twarzy - Za porankami, wieczorami, nocami na dachu, podziwiając wioskę... A ty, Bestio? Za czym ty tęsknisz najbardziej?
Bestia milczał przez chwilę.
  - Za rodziną - powiedział dziwnym głosem.
  - Gdzie jest? - zaciekawiłam się. 
  - Nie ma ich - Bestia wzruszył ramionami - Wszyscy nie żyją.
  Zrobiło mi się jednocześnie ogromnie smutno i głupio. Myślałam, że Bestia może teraz tęsknić za wieczorami przed telewizorem z Cyborgiem i opychaniu się toffu. A tu coś takiego... Ja przynajmniej mam gdzie wracać. On nie. Ma tylko nas. Mnie, Cyborga, Raven i Robina. W tej chwili tylko mnie.
   - Przepraszam - powiedziałam cicho przystając.
   - Nie ma sprawy. Sam zacząłem temat - powiedział Bestia nie patrząc na mnie wzrok miał wbity w ziemię.
   Chciałam go jakoś pocieszyć, ale do głowy nie przychodziło mi nic, co mogłabym powiedzieć.
Bestia podniósł głowę i uśmiechnął się do mnie słabo, jakby to on chciał dodać mi otuchy.
   - Wiesz, tak trochę dziwnie to wyszło... - zaczął - ale musiałem komuś powiedzieć. Nikomu z was o tym nie mówiłem, bo widzisz...
   - Rozumiem, o co ci chodzi - przerwałam mu, co on przyjął z ulgą. "Rozumiem, o co ci chodzi"? I tylko tyle? Genialna po prostu jestem... - Nie przejmuj się. Wcale dziwnie nie wyszło. Bardzo mi przykro.
   Bestia znowu się uśmiechnął, kiwnął głową, co oznaczało wdzięczność i wznowił wspinaczkę, a ja ruszyłam tuż za nim. Po chwili go wyprzedziłam.
   Nagle usłyszałam za sobą trzask. Gwałtownie się odwróciłam. Ziemia pod stopami Bestii zaczęła się osuwać. Krzyknął i wyciągnął ku mnie ręce. Naciągnęłam się próbując złapać jedną z nich, ale to działo się za szybko. Wystarczył głupi milimetr i bym go złapała. A tak to spadł.

sobota, 30 sierpnia 2014

S. O. S CZĘŚĆ 6

    Spadając modliłam się żeby woda nie okazała się zbyt płytka. Całe życie przeleciało mi przed oczami. Spróbowałam latać, ale panika i czas, którego nie było, mi na to nie pozwoliły. Z pluskiem wpadłam do wody.
   Wymachiwałam rękoma i nogami próbując wyłonić głowę na powierzchnię. Byłam za głęboko. Z człowiekiem już tak jest, że gdyby topiąc się w wodzie uspokoił by się, jeżeli umie pływać, bez większego problemu uratowałby się. Tylko, że mało kto w takiej sytuacji, nie wpada w panikę i nie rzuca się w tej wodzie jak oszalały nieskutecznie próbując zaczerpnąć powietrza. I tak zachowujemy się w wielu życiowych sytuacjach. Czasem się udaje nam się wyłonić i przeżyć,a czasem nie. Topiąc się, czułam że mi się raczej nie uda.
   Błyskawicznie płynęłam z nurtem rzeki. Co jakiś czas uderzałam o małe skałki, ale byłam tak rozpędzona, że nie mogłam ich chwycić. Miałam coraz mniej powietrza.
   Nagle coś dużego opływowego przypłynęło pode mną. Bez zastanowienia objęłam to coś. Natychmiast wzbiło się w górę i po chwili wynurzyły swoją głowę. I moją tym samym.
   Łapczywie nabrałam powietrza, ale nie miałam nawet czasu, by porządnie odkaszleć. W niezwykle szybkim tempie, zbliżałam się do wodospadu. Musiałam wydostać się na brzeg. Rozejrzałam się, ale nie widziałam jeszcze przepaści. Jeszcze. Obok mnie popiskiwał zielony delfin, który wyciągnął mnie spod wody.
   - Bestio! - zawołałam próbując przekrzyczeć ryk wody - Wyciągnij nas na brzeg.
   Delfin kiwnął głową. Objęłam go z powrotem przy grzbiecie i pozwoliłam ciągnąć. Bestii płynęło się bardzo ciężko. Rzeka była zbyt szeroka. I zbyt szybka.
   Wodospad wyrósł jak z pod ziemi. W jednej sekundzie nie było go widać, a w drugiej był aż na zbyt blisko. Nie mieliśmy już szans.
    Z krzykiem spadliśmy z krawędzi. To koniec tam będą skały. A nawet jeżeli nie, to olbrzymie wiry wciągną nas głęboko pod wodę. Już po nas. Zginiemy.
    Tym razem czas płynął jak w zwolnionym tempie. Właściwie wszystko umilkło, a potężny szum wody, był ledwo słyszalny dla moich uszu. Ale nie mogłam lecieć. Nie byłam w stanie przypomnieć sobie coś na tyle szczęśliwego, by zmusić się do lotu.
   Z całej siły uderzyłam plecami w wodę. Po moim ciele przeszło nie przyjemne mrowienie. Paskudny ból, a z płuc, wyleciało mi powietrze. W momencie uderzenia, czas znów przyspieszył, a ja znów walczyłam pod wodą. Sprawę utrudniało ciśnienie spod wodospadu. Na szczęście tym razem, błyskawiczny nurt rzeki mnie uratował, oddalając mnie od opadającej wody. W końcu udało mi się wyłonić. Ponownie owinęłam się wokół zielonego delfina.
   Bestia ruszył w stronę brzegu. Po drodze wziął też Robina, który zaczepił się o niego po drugiej stronie naprzeciwko mnie. Teraz wszystko było w małych zielonych płetwach Bestii.
   Po dwóch minutach, dopłynęliśmy do brzegu. Puściłam delfina powracającego do pierwotnej postaci i rzuciłam się na ziemię.
   Klękałam na kolanach i podparłam się rękami. Zaczęłam odkaszliwać, pluć wodą i nabierać jak tylko mogłam najwięcej powietrza. Chłopcy obok mnie robili to samo.
   Po kilku minutach udało nam się uspokoić i nieco otrząsnąć. Odwróciłam się na plecy ciężko dysząc. Spojrzałam na czerwone od zachodzącego słońca piękne niebo i przymknęłam oczy powoli wyrównując oddech.
Robin wstał.
   - Powinniśmy rozbić tu obóz - powiedział rozglądając się.
   - A co z Cyborgiem? I Raven? - Bestia podniósł głowę - I tymi ludźmi?
   - Musimy rozbić tu obóz - nacisnął Robin tak, że Bestia już się nie odezwał.
   Był to kawałek terenu, gdzie bez obawy przed pożarem, można by było rozpalić ognisko, co wydawało się rewelacyjnym pomysłem, biorąc pod uwagę coraz to chłodniejszą temperaturę, w związku z zbliżającą się nocą.
  Chociaż byłam wykończona, to ja zgłosiłam się do zebrania drewna, na obrzeżach lasu tropikalnego. Mimo wszystko, i tak byłam w najlepszym stanie z całej naszej trójki. Bestia wciąż nie mógł dojść do siebie po walce z pumą, a Robin poprzedniego dnia naprawdę solidnie uderzył o ziemię, nabijając sobie guza, co skutkowało teraz silnymi bólami i zawrotami głowy.
   Weszłam do lasu. Piekielnie bałam się pająków, węży, pum oraz tego, że się zgubię. W sumie, był to idealny moment, żeby teraz porwano mnie tak jak Raven czy Cyborga. Udało mi się jednak bez przygód nazbierać wystarczająco opału i wrócić do obozu, zanim zrobiło się całkiem ciemno.
   Założyłam polar i pomogłam Robinowi rozpalić ogień. Usiedliśmy przy niedużym ognisku ciasno ściśnięci koło siebie i skuleni. Po zjedzeniu marnego, chociaż tym razem pieczonego posiłku, wyciągnęłam apteczkę i zajęłam się ranami Bestii, bo wcześniej nie było czasu, by zrobić to porządnie. Gdy skończyłam, usnął z głową na moich kolanach.
   Delikatnie przeczesując mu włosy wpatrywałam się w tańczące ogniste płomyki i z uśmiechem na twarzy wspominałam jedno z moich ulubionych świąt obchodzonych na Tamaran, podczas którego wszyscy tańczą całą noc do muzyki i świetnie się bawią. Rozpalamy wówczas ognisko, przy którym grzejemy kiełbaski, chleb i pianki, a potem śpiewamy.
   Podniosłam głowę i spojrzałam na niebo obsiane tysiącami gwiazd. Ciekawe, która z nich to Tamaran?
   - Tęsknisz za domem? - odezwał się nagle Robin, a ja wzdrygnęłam się, wyrwana z rozmyśleń.
   - Myślałam, że śpisz - powiedziałam patrząc na niego.
   - Jesteś bardzo smutna - Robin siadł obok mnie - Myślisz o Tamaran, prawda?
Westchnęłam głęboko i znów popatrzyłam na niebo.
   - Prawda - szepnęłam - Bardzo tęsknię... - spuściłam nisko głowę, wbijając w buty smutny wzrok. Zaraz potem uśmiechnęłam się szeroko do Robina - Ale teraz to Ziemia jest moim domem, racja?
   - Twój dom jest tam, gdzie twoja dusza, więc nie mogę ci odpowiedzieć. Nie wiem, gdzie twoja dusza, ale chyba... na Tamaran?
Ledwo widocznie powoli pokiwałam głową.
   - Ale chcę chronić Ziemię i ludzi - powiedziałam - Tamarańczykami ma się kto opiekować. A jednak... - urwałam zastanawiając się, co powiedzieć.
   - Rozumiem - odpuścił mi Robin - Nie martw się. Na pewno już za niedługo znów zobaczysz dom i rodzinę.
Uśmiechnęłam się do niego słabo, a w świetle ognia, zobaczyłam, że i on się uśmiecha.
   - Dziękuję - szepnęłam.
Pokiwał głową.
  - Odpocznij - powiedział - Ja wezmę pierwszą wartę. I tak nie mogę spać. Nie jest ci zimno?
Wzruszyłam ramionami.
   - Trochę jest. Ognisko już gaśnie.
Robin okrył mnie i Bestię swoją peleryną.
   - Wybacz, ale tylko tyle mogę wam zaproponować - zaśmiał się cicho, by nie obudzić Bestii, a ja zrobiłam to samo.
   Odwróciłam się plecami do ognia, ogrzewając sobie plecy i mocno przycisnęłam do Bestii, wtulając głowę w jego zdrowe ramię. Myślałam, że nie będę spać tej nocy, ale myliłam się. Po krótkiej chwili, urwał mi się film i usnęłam.

środa, 27 sierpnia 2014

S.O.S CZĘŚĆ 5

   Wędrówka w nocy była tak samo ciężka jak za dnia. Nie było już upału. Był za to przeraźliwy chłód. Szłam na końcu naszego coraz to mniejszego wężyka, za Bestią, w każdej chwili gotowa go złapać, gdyby zasłabł po starciu z pumą. Trzęsłam się z zimna, nawet gdy założyłam swój zapasowy polar. Dodatkowo było ciemno. Jedynymi źródłami światła były latające na około nas malutkie świetliki latarka, którą Robin oświetlał na przodzie drogę.
   Stopniowo robiło się coraz jaśniej. Słońce jeszcze nie wzeszło, ale Robin mógł już wyłączyć latarkę.
   Byłam niesamowicie zmęczona. W helikopterze właściwie nie spałam. Teraz całą noc maszerowałam. Upał poprzedniego dnia, też robił swoje. W dodatku odczuwałam nie mały głód.
   Temperatura rosła wraz z jasnością. Gdy zrobiło się wystarczająco widno, wzleciałam w górę, ponad drzewa.
   Widok zaparł mi dech w piersiach. Poprzedniego dnia, było jeszcze zbyt ciemno, gdy lądowaliśmy, żeby móc coś zobaczyć, a mało wyraziste zdjęcie na naszym monitorze, absolutnie nie jest w stanie oddać tego, co zobaczyłam. W życiu nie widziałam nic piękniejszego. Zastanawiałam się, co to za miejsce? Z daleka wygląda tak niesamowicie, a w środku to najprawdziwsze piekło.
   - Gwiazdko? - usłyszałam z dołu głos Robina - I co tam?
   Rozglądnęłam się. Spojrzałam na skały. Musiałam wytężyć wzrok i naprawdę dobrze się przyglądnąć, by zauważyć domek, a właściwie pałac. Świetnie zakamuflowany to on jest, muszę przyznać. Gdybym nie zobaczyła go na ekranie naszego komputera, nigdy bym go nie odnalazła.
   Aby znaleźć się pod skałami wystarczy przejść przez dżunglę z jakieś, czy ja wiem? Na oko, w naszym tempie, może... cztery godziny? Następnie przedostać się przez lniany i drewniany długi most nad wodospadem.
   Zleciałam na dół.
   - Dobrze idziemy - kiwnęłam głową do chłopaków - Musimy zmierzać w tę stronę - wskazałam kierunek palcem - Dostaniemy się w ten sposób, na most nad wodospadem.
   - Most nad wodospadem - mruknął Bestia ponuro - Z skąd ja to znam...?
   W rzeczywistości nie szliśmy cztery godziny, a dziesięć, wliczając w to przerwy na odpoczynek i jedzenie. Dzisiaj byliśmy zmuszeni już częściej przystawać. Jedliśmy surowe, nie zbyt smaczne, ale zawsze coś, mięso mały, nie niebezpiecznych zwierząt i ryby. Oczywiście Bestia jadł rośliny, do których Robin miał całkowitą pewność, że nie są trujące.
   - Szkoda, że to nie toffu... - westchnął Bestia tęsknie, ze skrzywieniem wypijając sok z jakiegoś kwiatu.
Uśmiechnęłam się do niego blado.
   Gdy w pewnym stopniu napełniłam żołądek, tym mocniej poczułam obezwładniające mnie zmęczenie. Najchętniej odnalazłabym teraz skrawek cienia i tam zasnęła, ale nie było na to czasu. Moje złe samopoczucie, potęgował dodatkowo upał, który wcale nie był mniejszy niż wczoraj.
   W końcu doszliśmy nad wodospad. Most z bliska wyglądał o wiele bardziej niebezpiecznie, niż z daleka. Wydawało się, ze wystarczy postawić na nim nogę i już spada się w dół, do niezwykle porywistej, rwącej silnej rzeki, prowadzącej do krawędzi- wysokiego wodospadu.
   Przełknęłam głośno ślinę ze strachem. Spojrzałam na chłopców. Tak samo jak ja, stali sztywno i z zaniepokojeniem przyglądali się lnianej konstrukcji. Robin pewnie kalkulował i analizował, jakie są nasze szanse na przejście na drugą stronę bez problemów, a Bestia prawdopodobnie zastanawiał się, czy liny przypadkiem nie są wykonane z toffu. Przynajmniej taką miał minę...
   Wpadł mi do głowy pewien pomysł. To była moja szansa. Moja szansa, aby pokazać, że nie jestem tchórzem. Poprawić reputację, którą zyskałam po akcji z pająkiem. Jeżeli teraz wejdę pierwsza na most i pójdę przodem, zrobię duży krok w tym kierunku.
   Wyprostowałam się i podniosłam dumnie głowę wysoko do góry. Weszłam przed Robina i ruszyłam pewnym krokiem. Pierwszy, drugi, trzeci, czwarty krok... Powoli, Gwiazdko, dobrze ci idzie. Bestia i Robin ruszyli za mną. Nie mogę patrzeć w dół, nie mogę. Wiedziałam, że jestem wysoko. Patrzyłam tylko przed siebie, chcąc znaleźć się już po drugiej stronie.
   Most delikatnie się chwiał, ale prawie w ogóle nie dało się tego poczuć. Po pierwszej połowie, gdy nie wydarzyło się nic złego, nieco się rozluźniła,
   Za szybko. Nigdy nie trać czujności, podstawowa zasada. Gwiazdko, ty idiotko! Zrobiłam kolejny krok. Nawet nie położyłam stopy na desce,a już tego pożałowałam. Deska okazała się nie stabilna i pod wpływem mojego ciężaru spadła. A ja straciłam równowagę i zaczęłam spadać z krzykiem.
   W ostatniej chwili Robin złapał mnie za nadgarstek. Przyklęknął i pomógł z powrotem wciągnąć się na most. Spojrzałam w dół. Na widok olbrzymiej przepaści tak mocno zakręciło mi się w głowie, że natychmiast odwróciłam wzrok.
   - Uważaj - powiedział Robin pomagając mi wstać i złapać równowagę - Nic sobie nie zrobiłaś? - zapytał troskliwie.
   - Nie - powiedziałam speszona wyszarpując mu się z rąk. Nie taki miałam plan. Jakby nigdy nic ruszyłam dalej, bo co innego mi zostało?
   Nagle zerwał się silny, porywisty wiatr. Dokładnie taki sam, jak wtedy, gdy zniknął Cyborg. Zacisnęłam oczy, kucnęłam i mocno chwyciłam się lin po obu stronach, walcząc o to, by nie spaść.
   Czułam trzęsienie. Bardzo wyraźne. Wiedziałam, że jest źle. Zastanawiałam się, czy Robin i Bestia już spadli.
   Gdy wiatr zaczął ustawać, otworzyłam oczy. Zgodnie z moimi przewidywaniami, most niebezpiecznie się bujał, w prawo i w lewo, w prawo i w lewo...
   Spojrzałam przed siebie i serce mi zamarło. Lina podtrzymująca most most w prawym rogu, była pęknięta. Wyglądała tak, jakby ktoś ją naciął. Trzymała się na samym koniuszku i wciąż się rwała. Nie zdążymy dobiec.
   - Szybko! - wykrzyknęłam i biegiem ruszyłam na drugą stronę.
   Nie mam pojęcia, ile metrów udało nam się przebiec, ale byłam zbyt daleko, żeby doskoczyć, gdy lina pękła.    

S.O.S CZĘŚĆ 4

   Chciałam krzyczeć, ale zabrakło mi powietrza w płucach. Nie byłam w stanie się cofnąć, nawet ruszyć palcem. Zdębiałam. Jaskrawo zielone oczy zwierzęcia świeciły groźnie w ciemności. Wydawał z siebie coraz mniej bezpieczne warknięcia i pomruki, kiwając się lekko na pochylonych nogach. Poruszał się bezszelestnie nie odrywając od nas wzroku.
   - Przy tym pająk spacerujący po mojej ręce to pikuś - powiedział Bestia. W jego głosie doskonale wyczuwałam strach.
   Mocniej ścisnęłam dłoń Robina, ale on ją puścił. Osłonił mnie swoją ręką i delikatnie popchnął kilka centymetrów w tył, po czym bardzo powoli wszedł przede mnie, osłaniając mnie swoim ciałem. Dziki kot bystrze mu się przyglądał w każdej chwili gotowy do ataku.
   - Nie wykonujcie żadnych gwałtownych ruchów - powiedział Robin cicho, chociaż spiętym głosem.
   Jak powiedział, tak zrobiliśmy. Strach było nawet mrugać. Z każdą sekundą rosła we mnie panika. Czas wydawał się płynąć wolniej, niż kiedykolwiek. Błagam kotku, idź już sobie...
   Nie mam pojęcia, ile tak staliśmy, nim zwierz zdecydował się zaatakować.
   Może i by sobie odpuścił i odszedł, ale zaniepokoił go i jednocześnie zadecydował o dalszym przebiegu wydarzeń, widok Robina, wyciągającego powoli, nie spuszczając oczu z pumy, swoją laskę.
   Źrenice kota rozszerzyły się jeszcze bardziej i skoczył na chłopaka, ale ten w porę z całej siły odepchnął go laską. Puma wydała z siebie dźwięk, który musiał być odpowiednikiem ludzkiego krzyku bólu i wściekłości zarazem. Podniosła się i ponownie rzuciła się na Robina.
   - Azarath Metrion Zinthos! - wykrzyknęła Raven i puma znów wylądowała kilka metrów dalej. Natychmiast się podniosła i w zadziwiająco szybkim tempie z powrotem podbiegła do nas.
   Z rykiem przewróciła Raven i przygniotła  ją do ziemi. Dziewczynie udało się ją  nieznacznie odepchnąć. Rozgniewany potwór zamachnął się i przejechał pazurami po jej ramieniu. Raven jęknęła z bólu. Na pierwszy rzut oka, nie wyglądało to na coś groźnego, ale już po kilku sekundach jej peleryna zaczęła przesiąkać krwią.
   Wiedziałam, że Raven jest silna, ale nie miałam pojęcia, że aż tak. Zaledwie jednym porządnym kopnięciem w brzuch, odrzuciła pumę od siebie. Ta jednak nie miała zamiaru się poddawać. Wstała wściekła i wznowiła atak. Nie zdążyła jednak dobiec do żadnego z nas, bo oto zielona puma wskoczyła na nią i wbiła się w jej szyję.
   Przyklękłam przy Raven i pomogłam jej wstać. Jej ramię mocno krwawiło. Cofnęłyśmy się kilka kroków z niedowierzaniem patrząc, jak Bestia walczy z olbrzymim kotem.
   Bestia gryzł pumę, drapał, ale i on wiele razy został zraniony, aż do krwi. Nie mogłam tak stać i patrzeć. Wyszłam przed Raven i stanęłam przed walczącymi kotami. Już się nie bałam. Wiedziałam tylko tyle, że muszę pomóc przyjacielowi. Wystrzeliłam laserem w czarną pumę.
   Ryknęła przeraźliwie. Strach powrócił. Byłam pewna, że teraz zaatakuje mnie, że teraz ja będę kolejną ofiarą tego potwora. Ale ona, ku mojemu zdziwieniu, kuśtykając i pojękując, biegiem wycofała się uciekając do lasu.
   Zielona puma opadła na moje ramiona i z powrotem zamieniła się w Bestię. Uklękłam kładąc go delikatnie na ziemi, pozostawiając jego głowę na swoich kolanach. Każdą cześć ciała miał poharataną i w dodatku był bardzo blady, ale wciąż przytomny.
   - Bestio! - zawołałam.
   - Najpierw ratujesz mnie przed jakimś pająkiem, teraz przed pumą. Dzięki za ratowania życia, ale daj mi się wykazać - powiedział uśmiechając się do mnie szeroko.
   - Jak tak dalej pójdzie, jeszcze będziesz miał okazję się odpłacić - powiedziałam przyglądając się poważniejszym raną i ściągając plecak, by wyciągnąć z niego apteczkę.
Podbiegł do nas Robin i zaczął odkażać rany Bestii, więc ja postanowiłam zająć się Raven i jej ramieniem. Ostrożnie ściągnęłam z kolan głowę Bestii i wstałam, by podejść do Raven, ale jej już nie było tam, gdzie ją zostawiłam. Nie było jej nigdzie w około.
   - Gdzie Raven? - zapytałam zaniepokojona.
Robin i Bestia rozglądnęli się. Oni też nie widzieli, kiedy zniknęła. Bestia wskazał kartkę leżącą na ziemi wśród trawy. Podeszłam i rozwinęłam ją. Widniał na niej znajomy adres.
   - Tak samo jak z Cyborgiem - powiedziałam cicho pokazując chłopcom kartkę.
   - Mogą być w niebezpieczeństwie - stwierdził Robin - Najpierw Cyborg, teraz Raven. Kto następny? Po co? Nie widzę w tym żadnego sensu... Co z tobą, Bestio?
   - Dam rady - Bestia nerwowo skinął głową - Nic mi nie jest, na prawdę.
Wymieniłam z Robinem spojrzenia. Z Bestią nie było tak dobrze, jak zapewniał, ale nie mogliśmy tracić czasu. Puma i tak dużo zabrało. Nie wiemy co się dzieje z Cyborgiem i Raven.
   Wzięłam Bestię pod jedno ramię, Robin wziął go pod drugie, podciągnęliśmy go i razem ruszyliśmy w kierunku, gdzie mieli znajdować się zakładnicy, Cyborg i Raven.

S.O.S CZĘŚĆ 3

   Chwyciłam kijek leżący obok mojej stopy, zacisnęłam oczy i z krzykiem z całej siły zaczęłam walić w pająka. Bestia zaczął krzyczeć sekundę po mnie, kiedy zorientował się, co się dzieje. Kiedy przywaliłam w niego jakiś dwudziesty raz, w końcu wstał, odbiegł parę metrów i dalej wrzeszcząc, zaczął się chaotycznie otrzepywać.
   Po dłuższej chwili trochę się uspokoiłam. Spojrzałam w dół. Owad leżał martwy na grzbiecie, z odnóżami zgiętymi do środka. Przeszedł mnie dreszcz. Na widok tego stworzenia zrobiło mi się jednocześnie smutno i niedobrze. Odbiegłam od niego z obrzydzeniem i stanęłam przed przestraszonym Bestią.
   - Ugryzł cię? - zapytałam zaniepokojona.
   - Chyba nie - powiedział Bestia skrzywiony rozmasowując rękę.
   - Przepraszam, że cię uderzyłam - uśmiechnęłam się niewinnie - Po prostu okropnie boję się pająków.
Bestia uśmiechnął się do mnie łagodnie i ze zrozumieniem, a ja spoglądnęłam w stronę rzeki na resztę. Raven, Robin i Cyborg stali przy brzegu z rozchylonymi ustami i gapili się na nas bez mrugania. Podziwu to to raczej nie oznaczało. Super, w ten sposób na bank nikomu nie zaimponuję. Speszyłam się, ale i też trochę poirytowałam. O co im chodzi? Ciekawe, jakby oni zareagowali...
   Chciałam uniknąć jakiegokolwiek komentarza na ten temat, dlatego odwróciłam się do nich tyłem.
   - Musimy iść - powiedziałam aż na zbyt szorstko, jak na mnie.
   Południe już dawno minęło, ale upał nie. Wędrówka była cięższa niż przedtem. Co chwilę, gdzieś obok nas przebiegał jakiś stworek. Mniejszy, czy większy, i tak się brzydziłam. Wszystko paskudnie wyglądało. Widziałam jeszcze dwa większe, obrzydliwsze pająki, niż ten, którego zabiłam. Pod naszymi stopami przepełzały węże. Na szczęście były bardziej tchórzliwe, niż agresywne. Trzeba było nieustannie uważać i resztką siły, skupiać się, gdzie stawia się stopy. Gigantyczne, kolorowe żuki spacerowały po liściach. Wielkie muchy przysiadywały sobie na nas i kąsały boleśnie. Pozostawała nadzieja, że w ich ślinie nie było nic toksycznego. Bałam się tego wszystkiego, ale nie dałam tego po sobie poznać. Gdy otwierałam usta do krzyku, przypominałam sobie reakcję Cyborga, Raven i Robina nad rzeką i starałam się opanować zakładając dłonią usta.
    Nagle usłyszałam trzask jakby łamanych gałązek i krzyki. Odwróciłam się gwałtownie. Cyborg szamotał się w lnianej siatce, jakieś siedem metrów nad ziemią.
   - Już cię ściągamy. Nie rzucaj się tak - uspokoił go Robin, po czym zaczął się wspinać na drzewo.
   - Uważaj na węże - ostrzegłam go.
Robin wyciągnął swój scyzoryk zza pasa i rozpoczął ciąć grube liny.
  - Nic z tego - wyprostował się - W jednej z toreb powinien być duży nóż - zwrócił się do nas - Znajdźcie i podajcie mi go, proszę.
   Wszyscy trzej rzuciliśmy się na torby. Niemal od razu zauważyłam lśniący w słońcu nóż i sięgnęłam po niego.
   W tej chwili zawiał wiatr. Bez żadnej zapowiedzi. Gwałtowny, porywisty, nieziemsko silny wiatr. To było jak potężna i niebezpieczna wichura, tyle że trwała zaledwie cztery sekundy. Ponownie usłyszałam krzyk. Otworzyłam oczy, ale przez pyłki i piach niesione przez przez wiatr, byłam zmuszona je znowu zamknąć. Dopiero po chwili udało mi się odzyskać wzrok.
   Spojrzałam na Cyborga, a właściwie tak, gdzie Cyborg powinien być. Ale go nie było. Siatka z nim gdzieś zniknęła. Tak jakby dosłownie rozpłynęła się w powietrzu.
   Robin leżał na ziemi pod drzewem i pocierał tył głowy, którym właśnie uderzył o gruby korzeń drzewa wystający ponad ziemię.
   - Co się stało? - zapytała Raven zaskoczona pomagając mu wstać - Gdzie jest Cyborg? Co się z nim stało.
  - Nie mam pojęcia - Robin delikatnie pokręcił głową przyglądając się miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą wisiał nasz przyjaciel - Co to jest?
   Wstał, podszedł do drzewa i wyciągnął z jego kory małą zmiętą, kartkę której wcześniej tam nie widziałam. Podeszłam i zaglądnęłam mu przez ramię. Na kartce było zapisane, coś co przypominało mi adres. Adres, który już wcześniej widziałam. Wczoraj, na ekranie w naszej bazie. To pod ten adres zmierzamy.
   - Po co go tam zabrali? - zapytałam raczej siebie niż innych, bo wiedziałam, że oni tak samo jak ja, nie znają odpowiedzi.
Robin znowu lekko pokręcił głową, jakby bał się, że przy najmniejszym jej ruchu, wybuchnie.
   - Dowiemy się chyba tylko wtedy, gdy tam przybędziemy - powiedział odrywając wzrok od kartki.
Spojrzałam na Raven i Bestię. Byli całkiem zbici z tropu, zaniepokojeni, zestresowani i wyraźnie zmęczeni.
   - Nic ci się nie stało? - Bestia zwrócił się do Robina.
   - Uderzyłem się w głowę.
   - Chcesz odpocząć?
   - Nie mamy czasu - stwierdził Robin - Musimy jak najszybciej dostać się do tej bazy. To nie wygląda za ciekawie...
   Wznowiliśmy marsz. Z każdą godziną robiło się coraz chłodniej. Upał nareszcie zniknął. Słońce powoli zaczęło zachodzić. Jakiś ptak gdzieś niedaleko pięknie śpiewał.
   W miarę gdy robiło się ciemno, zaczęły dochodzić nas coraz to dziwniejsze odgłosy: pomruki, wycia, warknięcia, ryki. Było strasznie za dnia. Teraz było jeszcze straszniej.
   Trzymanie się za rękę w takich warunkach, nie jest za wygodne, ale bardzo się bałam. Miałam przykre wrażenie, że za chwilę coś wyskoczy na nas z ciemnych, mrocznych chaszczy i zaatakuje. Pod pretekstem chęci niesieni pomocy, objęłam więc w ramieniu Robina. Od razu poczułam się odrobinę lepiej, bezpieczniej. Gdy zapytał, o co chodzi, wybełkotałam coś o tym, że chcę go tylko podtrzymać.
   To wszystko wydarzyło się za szybko. Zdecydowanie za szybko.
   Duża czarna puma wyrosła jakiś metr przed nami.