środa, 27 sierpnia 2014

S.O.S CZĘŚĆ 3

   Chwyciłam kijek leżący obok mojej stopy, zacisnęłam oczy i z krzykiem z całej siły zaczęłam walić w pająka. Bestia zaczął krzyczeć sekundę po mnie, kiedy zorientował się, co się dzieje. Kiedy przywaliłam w niego jakiś dwudziesty raz, w końcu wstał, odbiegł parę metrów i dalej wrzeszcząc, zaczął się chaotycznie otrzepywać.
   Po dłuższej chwili trochę się uspokoiłam. Spojrzałam w dół. Owad leżał martwy na grzbiecie, z odnóżami zgiętymi do środka. Przeszedł mnie dreszcz. Na widok tego stworzenia zrobiło mi się jednocześnie smutno i niedobrze. Odbiegłam od niego z obrzydzeniem i stanęłam przed przestraszonym Bestią.
   - Ugryzł cię? - zapytałam zaniepokojona.
   - Chyba nie - powiedział Bestia skrzywiony rozmasowując rękę.
   - Przepraszam, że cię uderzyłam - uśmiechnęłam się niewinnie - Po prostu okropnie boję się pająków.
Bestia uśmiechnął się do mnie łagodnie i ze zrozumieniem, a ja spoglądnęłam w stronę rzeki na resztę. Raven, Robin i Cyborg stali przy brzegu z rozchylonymi ustami i gapili się na nas bez mrugania. Podziwu to to raczej nie oznaczało. Super, w ten sposób na bank nikomu nie zaimponuję. Speszyłam się, ale i też trochę poirytowałam. O co im chodzi? Ciekawe, jakby oni zareagowali...
   Chciałam uniknąć jakiegokolwiek komentarza na ten temat, dlatego odwróciłam się do nich tyłem.
   - Musimy iść - powiedziałam aż na zbyt szorstko, jak na mnie.
   Południe już dawno minęło, ale upał nie. Wędrówka była cięższa niż przedtem. Co chwilę, gdzieś obok nas przebiegał jakiś stworek. Mniejszy, czy większy, i tak się brzydziłam. Wszystko paskudnie wyglądało. Widziałam jeszcze dwa większe, obrzydliwsze pająki, niż ten, którego zabiłam. Pod naszymi stopami przepełzały węże. Na szczęście były bardziej tchórzliwe, niż agresywne. Trzeba było nieustannie uważać i resztką siły, skupiać się, gdzie stawia się stopy. Gigantyczne, kolorowe żuki spacerowały po liściach. Wielkie muchy przysiadywały sobie na nas i kąsały boleśnie. Pozostawała nadzieja, że w ich ślinie nie było nic toksycznego. Bałam się tego wszystkiego, ale nie dałam tego po sobie poznać. Gdy otwierałam usta do krzyku, przypominałam sobie reakcję Cyborga, Raven i Robina nad rzeką i starałam się opanować zakładając dłonią usta.
    Nagle usłyszałam trzask jakby łamanych gałązek i krzyki. Odwróciłam się gwałtownie. Cyborg szamotał się w lnianej siatce, jakieś siedem metrów nad ziemią.
   - Już cię ściągamy. Nie rzucaj się tak - uspokoił go Robin, po czym zaczął się wspinać na drzewo.
   - Uważaj na węże - ostrzegłam go.
Robin wyciągnął swój scyzoryk zza pasa i rozpoczął ciąć grube liny.
  - Nic z tego - wyprostował się - W jednej z toreb powinien być duży nóż - zwrócił się do nas - Znajdźcie i podajcie mi go, proszę.
   Wszyscy trzej rzuciliśmy się na torby. Niemal od razu zauważyłam lśniący w słońcu nóż i sięgnęłam po niego.
   W tej chwili zawiał wiatr. Bez żadnej zapowiedzi. Gwałtowny, porywisty, nieziemsko silny wiatr. To było jak potężna i niebezpieczna wichura, tyle że trwała zaledwie cztery sekundy. Ponownie usłyszałam krzyk. Otworzyłam oczy, ale przez pyłki i piach niesione przez przez wiatr, byłam zmuszona je znowu zamknąć. Dopiero po chwili udało mi się odzyskać wzrok.
   Spojrzałam na Cyborga, a właściwie tak, gdzie Cyborg powinien być. Ale go nie było. Siatka z nim gdzieś zniknęła. Tak jakby dosłownie rozpłynęła się w powietrzu.
   Robin leżał na ziemi pod drzewem i pocierał tył głowy, którym właśnie uderzył o gruby korzeń drzewa wystający ponad ziemię.
   - Co się stało? - zapytała Raven zaskoczona pomagając mu wstać - Gdzie jest Cyborg? Co się z nim stało.
  - Nie mam pojęcia - Robin delikatnie pokręcił głową przyglądając się miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą wisiał nasz przyjaciel - Co to jest?
   Wstał, podszedł do drzewa i wyciągnął z jego kory małą zmiętą, kartkę której wcześniej tam nie widziałam. Podeszłam i zaglądnęłam mu przez ramię. Na kartce było zapisane, coś co przypominało mi adres. Adres, który już wcześniej widziałam. Wczoraj, na ekranie w naszej bazie. To pod ten adres zmierzamy.
   - Po co go tam zabrali? - zapytałam raczej siebie niż innych, bo wiedziałam, że oni tak samo jak ja, nie znają odpowiedzi.
Robin znowu lekko pokręcił głową, jakby bał się, że przy najmniejszym jej ruchu, wybuchnie.
   - Dowiemy się chyba tylko wtedy, gdy tam przybędziemy - powiedział odrywając wzrok od kartki.
Spojrzałam na Raven i Bestię. Byli całkiem zbici z tropu, zaniepokojeni, zestresowani i wyraźnie zmęczeni.
   - Nic ci się nie stało? - Bestia zwrócił się do Robina.
   - Uderzyłem się w głowę.
   - Chcesz odpocząć?
   - Nie mamy czasu - stwierdził Robin - Musimy jak najszybciej dostać się do tej bazy. To nie wygląda za ciekawie...
   Wznowiliśmy marsz. Z każdą godziną robiło się coraz chłodniej. Upał nareszcie zniknął. Słońce powoli zaczęło zachodzić. Jakiś ptak gdzieś niedaleko pięknie śpiewał.
   W miarę gdy robiło się ciemno, zaczęły dochodzić nas coraz to dziwniejsze odgłosy: pomruki, wycia, warknięcia, ryki. Było strasznie za dnia. Teraz było jeszcze straszniej.
   Trzymanie się za rękę w takich warunkach, nie jest za wygodne, ale bardzo się bałam. Miałam przykre wrażenie, że za chwilę coś wyskoczy na nas z ciemnych, mrocznych chaszczy i zaatakuje. Pod pretekstem chęci niesieni pomocy, objęłam więc w ramieniu Robina. Od razu poczułam się odrobinę lepiej, bezpieczniej. Gdy zapytał, o co chodzi, wybełkotałam coś o tym, że chcę go tylko podtrzymać.
   To wszystko wydarzyło się za szybko. Zdecydowanie za szybko.
   Duża czarna puma wyrosła jakiś metr przed nami.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz