środa, 27 sierpnia 2014

S.O.S CZĘŚĆ 5

   Wędrówka w nocy była tak samo ciężka jak za dnia. Nie było już upału. Był za to przeraźliwy chłód. Szłam na końcu naszego coraz to mniejszego wężyka, za Bestią, w każdej chwili gotowa go złapać, gdyby zasłabł po starciu z pumą. Trzęsłam się z zimna, nawet gdy założyłam swój zapasowy polar. Dodatkowo było ciemno. Jedynymi źródłami światła były latające na około nas malutkie świetliki latarka, którą Robin oświetlał na przodzie drogę.
   Stopniowo robiło się coraz jaśniej. Słońce jeszcze nie wzeszło, ale Robin mógł już wyłączyć latarkę.
   Byłam niesamowicie zmęczona. W helikopterze właściwie nie spałam. Teraz całą noc maszerowałam. Upał poprzedniego dnia, też robił swoje. W dodatku odczuwałam nie mały głód.
   Temperatura rosła wraz z jasnością. Gdy zrobiło się wystarczająco widno, wzleciałam w górę, ponad drzewa.
   Widok zaparł mi dech w piersiach. Poprzedniego dnia, było jeszcze zbyt ciemno, gdy lądowaliśmy, żeby móc coś zobaczyć, a mało wyraziste zdjęcie na naszym monitorze, absolutnie nie jest w stanie oddać tego, co zobaczyłam. W życiu nie widziałam nic piękniejszego. Zastanawiałam się, co to za miejsce? Z daleka wygląda tak niesamowicie, a w środku to najprawdziwsze piekło.
   - Gwiazdko? - usłyszałam z dołu głos Robina - I co tam?
   Rozglądnęłam się. Spojrzałam na skały. Musiałam wytężyć wzrok i naprawdę dobrze się przyglądnąć, by zauważyć domek, a właściwie pałac. Świetnie zakamuflowany to on jest, muszę przyznać. Gdybym nie zobaczyła go na ekranie naszego komputera, nigdy bym go nie odnalazła.
   Aby znaleźć się pod skałami wystarczy przejść przez dżunglę z jakieś, czy ja wiem? Na oko, w naszym tempie, może... cztery godziny? Następnie przedostać się przez lniany i drewniany długi most nad wodospadem.
   Zleciałam na dół.
   - Dobrze idziemy - kiwnęłam głową do chłopaków - Musimy zmierzać w tę stronę - wskazałam kierunek palcem - Dostaniemy się w ten sposób, na most nad wodospadem.
   - Most nad wodospadem - mruknął Bestia ponuro - Z skąd ja to znam...?
   W rzeczywistości nie szliśmy cztery godziny, a dziesięć, wliczając w to przerwy na odpoczynek i jedzenie. Dzisiaj byliśmy zmuszeni już częściej przystawać. Jedliśmy surowe, nie zbyt smaczne, ale zawsze coś, mięso mały, nie niebezpiecznych zwierząt i ryby. Oczywiście Bestia jadł rośliny, do których Robin miał całkowitą pewność, że nie są trujące.
   - Szkoda, że to nie toffu... - westchnął Bestia tęsknie, ze skrzywieniem wypijając sok z jakiegoś kwiatu.
Uśmiechnęłam się do niego blado.
   Gdy w pewnym stopniu napełniłam żołądek, tym mocniej poczułam obezwładniające mnie zmęczenie. Najchętniej odnalazłabym teraz skrawek cienia i tam zasnęła, ale nie było na to czasu. Moje złe samopoczucie, potęgował dodatkowo upał, który wcale nie był mniejszy niż wczoraj.
   W końcu doszliśmy nad wodospad. Most z bliska wyglądał o wiele bardziej niebezpiecznie, niż z daleka. Wydawało się, ze wystarczy postawić na nim nogę i już spada się w dół, do niezwykle porywistej, rwącej silnej rzeki, prowadzącej do krawędzi- wysokiego wodospadu.
   Przełknęłam głośno ślinę ze strachem. Spojrzałam na chłopców. Tak samo jak ja, stali sztywno i z zaniepokojeniem przyglądali się lnianej konstrukcji. Robin pewnie kalkulował i analizował, jakie są nasze szanse na przejście na drugą stronę bez problemów, a Bestia prawdopodobnie zastanawiał się, czy liny przypadkiem nie są wykonane z toffu. Przynajmniej taką miał minę...
   Wpadł mi do głowy pewien pomysł. To była moja szansa. Moja szansa, aby pokazać, że nie jestem tchórzem. Poprawić reputację, którą zyskałam po akcji z pająkiem. Jeżeli teraz wejdę pierwsza na most i pójdę przodem, zrobię duży krok w tym kierunku.
   Wyprostowałam się i podniosłam dumnie głowę wysoko do góry. Weszłam przed Robina i ruszyłam pewnym krokiem. Pierwszy, drugi, trzeci, czwarty krok... Powoli, Gwiazdko, dobrze ci idzie. Bestia i Robin ruszyli za mną. Nie mogę patrzeć w dół, nie mogę. Wiedziałam, że jestem wysoko. Patrzyłam tylko przed siebie, chcąc znaleźć się już po drugiej stronie.
   Most delikatnie się chwiał, ale prawie w ogóle nie dało się tego poczuć. Po pierwszej połowie, gdy nie wydarzyło się nic złego, nieco się rozluźniła,
   Za szybko. Nigdy nie trać czujności, podstawowa zasada. Gwiazdko, ty idiotko! Zrobiłam kolejny krok. Nawet nie położyłam stopy na desce,a już tego pożałowałam. Deska okazała się nie stabilna i pod wpływem mojego ciężaru spadła. A ja straciłam równowagę i zaczęłam spadać z krzykiem.
   W ostatniej chwili Robin złapał mnie za nadgarstek. Przyklęknął i pomógł z powrotem wciągnąć się na most. Spojrzałam w dół. Na widok olbrzymiej przepaści tak mocno zakręciło mi się w głowie, że natychmiast odwróciłam wzrok.
   - Uważaj - powiedział Robin pomagając mi wstać i złapać równowagę - Nic sobie nie zrobiłaś? - zapytał troskliwie.
   - Nie - powiedziałam speszona wyszarpując mu się z rąk. Nie taki miałam plan. Jakby nigdy nic ruszyłam dalej, bo co innego mi zostało?
   Nagle zerwał się silny, porywisty wiatr. Dokładnie taki sam, jak wtedy, gdy zniknął Cyborg. Zacisnęłam oczy, kucnęłam i mocno chwyciłam się lin po obu stronach, walcząc o to, by nie spaść.
   Czułam trzęsienie. Bardzo wyraźne. Wiedziałam, że jest źle. Zastanawiałam się, czy Robin i Bestia już spadli.
   Gdy wiatr zaczął ustawać, otworzyłam oczy. Zgodnie z moimi przewidywaniami, most niebezpiecznie się bujał, w prawo i w lewo, w prawo i w lewo...
   Spojrzałam przed siebie i serce mi zamarło. Lina podtrzymująca most most w prawym rogu, była pęknięta. Wyglądała tak, jakby ktoś ją naciął. Trzymała się na samym koniuszku i wciąż się rwała. Nie zdążymy dobiec.
   - Szybko! - wykrzyknęłam i biegiem ruszyłam na drugą stronę.
   Nie mam pojęcia, ile metrów udało nam się przebiec, ale byłam zbyt daleko, żeby doskoczyć, gdy lina pękła.    

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz