wtorek, 26 sierpnia 2014

S.O.S CZĘŚĆ 2

   Robin najwyraźniej miał w nocy problemy ze znalezieniem odpowiedniej wyspy, bo dopiero o świcie wylądowaliśmy na jej plażach. Pognieciona wyszłam z naszego małego helikoptera, przeciągnęłam się i rozglądnęłam dookoła.
   - Muszę iść w krzaczki - pisnął Bestia i biegiem ruszył w kierunku dżungli.
   - Nigdzie nie pójdziesz - zatrzymał go Robin - Zaczekaj. Nie możemy się rozdzielać.
   - Sugerujesz, że chcesz iść ze mną w krzaczki? - zapytał Bestia.
Po chwili namysłu, Robin zgodził się puścić Bestię samego. Zaczekaliśmy na niego, po czym razem weszliśmy do puszczy.
   Nigdy wcześniej nie byłam w takim miejscu. Wszędzie zwisały pnącza, liany, potężne pajęczyny. Nogami ocierałam się o ogromne paprocie. Dookoła były bujne wysokie drzewa, wyższe od nas trawy i przepiękne barwne kwiaty, które tak bardzo mi się podobały, tak bardzo chciałam ich dotknąć, ale wiedziałam, że większość z nich, zapewne będzie trująca.
   - Bestio? - odezwał się Cyborg, który szedł na samym końcu.
   - Tak?
   - Powiedzieć ci, jaka jest moja ulubiona scena?  
Mimowolnie uśmiechnęłam się i cicho zachichotałam.
   - Nie - powiedział Bestia twardo.
Na chwilę zapadła cisza.
   - I tak ci opowiem - stwierdził Cyborg i po raz kolejny zaczął opowiadać jedną ze scen jego nowego ulubionego filmu.
   Czas szybko mijał. W mgnieniu oka z dość chłodnej temperatury, zrobił się upał, a wyspa zamieniła się w prawdziwe piekło. Powlekałam nogami za Robinem, który nas prowadził. Co prawda, trzymał w ręce nadajnik, ale i tak chodziliśmy w kółko. Chociaż wszystko wydaje się tu takie samo, to rozpoznaje się jednak jakiś odcinek drogi, gdy przechodzi się go po raz dziesiąty.
   W ustach mi zaschło. Czułam okrutne pragnienie. Gdybym teraz zechciała nagle coś powiedzieć, z pewnością nic by z tego nie wyszło. Nie przygotowaliśmy się jednak za dobrze. Mieliśmy zaledwie siedem butelek wody, a było nas pięciu. Przy takim upale butelki błyskawicznie szybko stały się puste. W takich sytuacjach, wszyscy chcą zrzucić na kogoś winę, więc obwiniliśmy o wszystko Robina. W końcu to on nie powiadomił nas, że będziemy musieli przedzierać się przez dżunglę.
   - Czy ja naprawdę zawsze muszę wszystko mówić?! - zapytał poirytowany, przerywając Raven i Bestii, którzy właśnie się przekrzykiwali - Przecież nie jesteście głupi. To z tym helikopterem było logiczne, prawda? Z tym, że trzeba zabrać trochę więcej wody też. Wziąłem cztery, a wy po jednej. Czy wy czasem myślicie?
  - Hej! Bez takich - oburzył się Cyborg - Przestańmy się kłócić.
  - Mam ci przypomnieć, że to ty zacząłeś?
  - To nie ważne. Ważne jest teraz to, że musimy znaleźć wodę. Kłótnia w niczym nam nie pomoże.
 Robin kiwnął głową i rozglądnął się w około, jakby miał tu nagle znikąd pojawić się strumyczek.
  - Wiesz w ogóle, gdzie jesteśmy? - zapytała go Raven takim głosem, jakby już znała odpowiedź.
  - Oczywiście - przytaknął.
  - Nie kłam - powiedziałam. Każdy głupi zauważyłby, że się zgubiliśmy.
  - Dobra, nie wiem - przyznał Robin spuszczając ramiona - Ale zaraz to naprawię, obiecuję... Znaczy, spróbuję... - I zaczął robić coś na nadajniku.
  Nagle poczułam, że przestałam czuć oddech Raven na karku. Spojrzałam za siebie, potem w górę. Raven unosiła się nad drzewami i uważnie rozglądała się dookoła. Głupia ja. Czemu na to nie wpadłam? Mam wrażenie, że muszę jakoś zaimponować przyjaciołom...
Raven wylądowała między mną, a Bestią.
  - Dziwne, ale nad nami jest chyba... pole siłowe? - powiedziała bardziej do siebie niż do nas. Ledwo ją usłyszałam.
  - Co widziałaś? - zapytał Bestia z nadzieją.
  - Chwilę pójdziemy teraz w lewo i będziemy teraz nad rzeką. Ale wtedy zboczymy z trasy. Pod kątem w prawo, jak chcemy do tego domu, czy co to tam jest... - powiedziała.
  Zdecydowaliśmy, że bez wody nie damy rady i poszliśmy w lewo. Z jednej strony szkoda czasu, ale z drugiej w puszczy jest przynajmniej z pięćdziesiąt stopni, a my padamy z nóg.
   W niecałą godzinę doszliśmy nad rzekę, gdzie mimo przewidywań wcale nie było chłodniej. Nie mieliśmy, żadnych awaryjnych środków odkażających (-"Myślałem, że ty je weźmiesz!" - "A ja, że ty!"), ale wszyscy byliśmy tak bardzo spragnieni, że szybko przestaliśmy się kłócić i rzuciliśmy się do picia.
   Woda zdążyła się nagrzać. Była gorąca. Mimo i tak piłam łapczywie, a potem przepłukałam oblaną potem twarz.
   Po napełnieniu swojej butelki siadłam na dużym, palącym od słońca kamieniu. Kiedy już się napoiłam, zaczęłam odnosić skutki tej wędrówki, Okropnie bolały mnie nogi, stopy kuły, a w głowie nieprzyjemnie łupało. Nie chciałam jednak narzekać. Przed nami było jeszcze wiele drogi, nie ja jedyna źle się czułam, a przede wszystkim, ktoś niecierpliwie czekał na naszą pomoc.
  Bestia z westchnieniem usiadł obok mnie. Kątem oka zauważyłam, że coś chodzi po jego przedramieniu. Spojrzałam i natychmiast zaczęłam przeraźliwie piszczeć.
  Włochaty, niebieski, wielkości mojej dłoni, z paskudnymi krzywymi odnóżami. Pająk. Chodził po jego ręce. Widziałam wszystkie cztery jego wstrętne oczy. Nienawidzę pająków, nie cierpię.



Dodaję dzisiaj już drugą cześć, bo mi się nudzi. Poza tym pierwsza była trochę krótka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz