- To jest ta rzecz, którą musiałeś wczoraj załatwić? - warknęła Raven wyrywając się z otępienia - Zamienić się w robota, tak? I niby ja jestem ta słaba?!
- Raven, kochana... - uśmiechnął się do niej Doktor Zło - Przykro mi się wczoraj zrobiło, gdy wróciłem i chciałem ci się pokazać, ale ciebie nigdzie nie było.
- Faktycznie - mruknęła - Bolesne. Przykro mi.
- Wybaczam - kiwnął głową - A teraz, córeczko, wykończ ich - Jego oczy zaświeciły się czerwienią, ale oczy Raven, choć wbite w jego, tym razem pozostały takie samo fioletowe, jak zawsze.
- Nie jestem twoją córką! - wykrzyknęła - Nie mam z tobą nic wspólnego. Zapamiętaj to sobie.
Doktorowi spełzł uśmiech z twarzy.
- Taak... - zaczął Bestia niepewnie - My tylko wpadliśmy po lekarstwo dla kolegi, więc może nam go dasz, a my sobie pójdziemy i znikniemy ci z dziwnych, czerwonych oczu.
- Myślicie, że i tym razem pozwolę wam uciec? - zapytał łagodnie, po czym podniósł wzrok i wyprostował się, by sprawiać wrażenie jeszcze bardziej potężnego - To jakaś kpina. Zniewaga... Najpierw, będziecie musieli mnie pokonać!
I rzucił się się na nich wszystkimi swymi długimi, metalowymi rękoma. Kopanie, uderzanie, żadna z ich mocy, ani umiejętności nie potrafiła go złamać. Zmieniając się w robota, stał się niezniszczalny. Po niecałych dziesięciu minutach wszyscy Tytani leżeli przegrani na podłodze, próbując złapać oddech. Doktor Zło jednym ruchem, zgarnął ich do żelaznej ratki i zamknął.
- Co to jest? Jakaś zwykła, badziewna klatka? - zaśmiał się Bestia wstając z trudem - Coś mi się zdaje, że nas nie doceniasz - zmienił się w mysz i spróbował wydostać się między kratkami, ale uderzył w pole siłowe. Natychmiast wrócił do swojej postaci i z jękiem usunął się na ziemię.
- Bestio! - wykrzyknęła Gwiazdka i podbiegł do niego.
- Wypuść nas! - rozkazał Cyborg.
Doktor Zło tylko pokręcił głową, z typowym dla siebie, stoickim spokojem.
- Oczywiście, że mam lekarstwo, o które tak prosicie - wskazał na pokój na końcu dużej sali - Ale go nie dostaniecie. Wasz przywódca umrze i wy też. Miałem, co prawda, inny plan, ale po co tyle zachodu? Mogę przecież upiec dwie pieczenie na jednym ogniu, prawda?
- Czasem za dużo gadasz, wiesz? - przerwał mu Bestia kipiąc ze wściekłości i ponownie wstając podpierając się na Gwiazdce.
- Finał i tak będzie taki sam - kontynuował Doktor - Ostatecznie zniszczę Młodych Tytanów, a następnie bez problemu zdobędę władzę nad Gotham i będę mógł z nim robić, co tylko zechcę...
- Jesteś potworem - wyszeptała Raven.
Doktor pochylił się nad nią i spojrzał w jej oczy. I chociaż był złym człowiekiem, w tej chwili pół- człowiekiem, Raven rozpoznała w jego spojrzeniu szczery smutek i zawód. Pewno zrobiło by się jej żal, tego bezbronnego staruszka, gdyby nie znała jego i jego planów oraz, że wcale nie jest taki bezbronny.
- Ty, Raven, zawiodłaś mnie najbardziej - westchnął - Zdradziłaś mnie po tym, co ci dałem i po tym, co ci obiecałem.
- Dziękuję, za to wszystko - powiedziała chłodno nie spuszczając z niego wzroku - Nie chcę być taka jak ty. Wolę zginać.
- Mówisz-masz - Doktor wzruszył ramionami. Wyprostował się i wyciągnął przed siebie jedną ze sztucznych rąk, a jego oczy zabłysły tym razem zielenią - Luras de mone!
Płomień wystrzelił z jego dłoni i z błyskawiczną szybkością zbliżał się klatki. Cyborg, Gwiazdka, Raven i Bestia wstrzymali oddech, godząc się z myślą, że za chwilę klatka roztrzaska się na tysiące małych kawałeczków, a oni zginą. Promień jednak nie trafił w klatkę, a obok niej, skręcając nieznacznie, ale wystarczająco, by uratować Tytanom życie. Ktoś w ostatnim momencie skoczył na rękę Doktora i pchnął ją z całej siły kilka centymetrów w prawo, zmieniając kierunek zabójczego promienia.
- Robin! - wykrzyknął Cyborg uradowany - Co ty tu robisz?
- Pomyślałem, że przyda wam się pomoc. Poczułem się trochę lepiej, więc postanowiłem wpaść - uśmiechnął się Robin wskakując na klatkę i pociągając za klapę. Tytani uwolnili się z pułapki.
Cała piątka rozgniewana stanęła przed Doktorem, który z niedowierzaniem przyglądał się rozwojowi wydarzeń. Wyglądał, jakby nie do końca mógł się pogodzić z tą wersją.
- Co się dzieje? Nie! Nie! - ryknął - To niemożliwe.
- Twój plan chyba się nie powiódł, Doktorze - powiedział Robin uśmiechając się do niego kpiąco - Tytani, wio!
Tytani biegiem rzucili się na robota i wznowili walkę. Tym razem Doktor, wyprowadzony z równowagi, nie przykładał się już tak bardzo i nie szło mu już tak świetnie jak wcześniej. Tytani więc wygrywali, ale gdy minął szok, zmobilizował się, a jego wściekłość powróciła w zdwojonej sile. Co chwilę miotał, którymś z nich w kąt pomieszczenia, między powalone skrzynie z powyłamywanymi deskami. Ci za każdym razem natychmiast wstawali i niestrudzeni, ponownie atakowali.
Cyborg podbiegł do Robina.
- Robin! - krzyknął.
- O, cześć Cyborg - przywitał się Robin, nie patrząc na niego i blokując przedramieniem uderzenie Doktora.
- Robin, idź po lekarstwo! - rozkazał Cyborg i wskazał odpowiednią salę. Jedna z rąk Doktora uderzyła go w brzuch, ale ten nawet się nie zachwiał.
- Najpierw wam pomogę - zadeklarował Robin krzywiąc się i uderzając z całej siły w wielką dłoń próbującą go złapać.
- Nie wygłupiaj się - warknął Cyborg - Idź!
- Ale...
- Już! - Cyborg zablokował kolejny cios.
Robin kiwnął głową i biegiem ruszył do sali, którą mu wskazano. Jednak już przed samą jego twarzą metalowe drzwi zatrzasnęły się z hukiem i jedna z rąk chwyciła chłopak w pasie, unieruchamiając go i podciągając do góry, na wysokość głowy Doktora.
- Proszę, proszę - powiedział cicho - Zawsze pojawi się jeden mały, głupi pryszcz, który pokrzyżuje plany, nie uważasz, Robinie?
- Zostaw mnie! - wydarł się Robin.
Doktor zaśmiał się pod nosem, chociaż bardziej przypominało to pomruk zadowolenia i rozkoszy.
- Ale mnie nie taki pryszcz, nie pokona - szepnął - To ty i twoi nędzni przyjaciele, powinniście już wiedzieć.
- Puszczaj!
- Muszę przyznać, że jesteś silniejszy niż myślałem - nie przestawał się z nim droczyć - Według moich obliczeń powinieneś już dawno nie żyć - kontynuował, a pozostałymi rękoma wciąż walczył z Gwiazdką, Bestią, Cyborgiem i Raven, tak że żaden z nich nie mógł pomóc przyjacielowi.
- Manipulant. - warknął Robin.
Doktor przytanął/
- Owszem. Można i tak to nazwać, choć ja osobiście wolę geniusz - odrzekł - Możesz podziękować za te cierpienia swojej przyjaciółce, chłopcze. To jej zasługa. Gdyby od razu wstrzyknęła ci całą truciznę, byłbyś już martwy, a wstrzykując tylko połowę, tylko wydłużyła proces umierania. Nawet najmniejsza dawka podziała. Ja to przygotowałem, jak pamiętasz... - podciągnął go kilka centymetrów przed swoje usta i szepnął usatysfakcjonowany: - Geniusz, mam rację...?
- Wypuść mnie! - rzucał się Robin.
- Mógłbym cię teraz zabić - mruknął - Ale po co, skoro mogę popatrzyć, jak cierpisz?
- Puść! - jęknął Robin, tym razem słabiej.
- Jak sobie życzysz - westchnął Doktor i z całej siły rzucił go pod ścianę między drewnianym skrzyniami.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz