sobota, 30 sierpnia 2014

S. O. S CZĘŚĆ 6

    Spadając modliłam się żeby woda nie okazała się zbyt płytka. Całe życie przeleciało mi przed oczami. Spróbowałam latać, ale panika i czas, którego nie było, mi na to nie pozwoliły. Z pluskiem wpadłam do wody.
   Wymachiwałam rękoma i nogami próbując wyłonić głowę na powierzchnię. Byłam za głęboko. Z człowiekiem już tak jest, że gdyby topiąc się w wodzie uspokoił by się, jeżeli umie pływać, bez większego problemu uratowałby się. Tylko, że mało kto w takiej sytuacji, nie wpada w panikę i nie rzuca się w tej wodzie jak oszalały nieskutecznie próbując zaczerpnąć powietrza. I tak zachowujemy się w wielu życiowych sytuacjach. Czasem się udaje nam się wyłonić i przeżyć,a czasem nie. Topiąc się, czułam że mi się raczej nie uda.
   Błyskawicznie płynęłam z nurtem rzeki. Co jakiś czas uderzałam o małe skałki, ale byłam tak rozpędzona, że nie mogłam ich chwycić. Miałam coraz mniej powietrza.
   Nagle coś dużego opływowego przypłynęło pode mną. Bez zastanowienia objęłam to coś. Natychmiast wzbiło się w górę i po chwili wynurzyły swoją głowę. I moją tym samym.
   Łapczywie nabrałam powietrza, ale nie miałam nawet czasu, by porządnie odkaszleć. W niezwykle szybkim tempie, zbliżałam się do wodospadu. Musiałam wydostać się na brzeg. Rozejrzałam się, ale nie widziałam jeszcze przepaści. Jeszcze. Obok mnie popiskiwał zielony delfin, który wyciągnął mnie spod wody.
   - Bestio! - zawołałam próbując przekrzyczeć ryk wody - Wyciągnij nas na brzeg.
   Delfin kiwnął głową. Objęłam go z powrotem przy grzbiecie i pozwoliłam ciągnąć. Bestii płynęło się bardzo ciężko. Rzeka była zbyt szeroka. I zbyt szybka.
   Wodospad wyrósł jak z pod ziemi. W jednej sekundzie nie było go widać, a w drugiej był aż na zbyt blisko. Nie mieliśmy już szans.
    Z krzykiem spadliśmy z krawędzi. To koniec tam będą skały. A nawet jeżeli nie, to olbrzymie wiry wciągną nas głęboko pod wodę. Już po nas. Zginiemy.
    Tym razem czas płynął jak w zwolnionym tempie. Właściwie wszystko umilkło, a potężny szum wody, był ledwo słyszalny dla moich uszu. Ale nie mogłam lecieć. Nie byłam w stanie przypomnieć sobie coś na tyle szczęśliwego, by zmusić się do lotu.
   Z całej siły uderzyłam plecami w wodę. Po moim ciele przeszło nie przyjemne mrowienie. Paskudny ból, a z płuc, wyleciało mi powietrze. W momencie uderzenia, czas znów przyspieszył, a ja znów walczyłam pod wodą. Sprawę utrudniało ciśnienie spod wodospadu. Na szczęście tym razem, błyskawiczny nurt rzeki mnie uratował, oddalając mnie od opadającej wody. W końcu udało mi się wyłonić. Ponownie owinęłam się wokół zielonego delfina.
   Bestia ruszył w stronę brzegu. Po drodze wziął też Robina, który zaczepił się o niego po drugiej stronie naprzeciwko mnie. Teraz wszystko było w małych zielonych płetwach Bestii.
   Po dwóch minutach, dopłynęliśmy do brzegu. Puściłam delfina powracającego do pierwotnej postaci i rzuciłam się na ziemię.
   Klękałam na kolanach i podparłam się rękami. Zaczęłam odkaszliwać, pluć wodą i nabierać jak tylko mogłam najwięcej powietrza. Chłopcy obok mnie robili to samo.
   Po kilku minutach udało nam się uspokoić i nieco otrząsnąć. Odwróciłam się na plecy ciężko dysząc. Spojrzałam na czerwone od zachodzącego słońca piękne niebo i przymknęłam oczy powoli wyrównując oddech.
Robin wstał.
   - Powinniśmy rozbić tu obóz - powiedział rozglądając się.
   - A co z Cyborgiem? I Raven? - Bestia podniósł głowę - I tymi ludźmi?
   - Musimy rozbić tu obóz - nacisnął Robin tak, że Bestia już się nie odezwał.
   Był to kawałek terenu, gdzie bez obawy przed pożarem, można by było rozpalić ognisko, co wydawało się rewelacyjnym pomysłem, biorąc pod uwagę coraz to chłodniejszą temperaturę, w związku z zbliżającą się nocą.
  Chociaż byłam wykończona, to ja zgłosiłam się do zebrania drewna, na obrzeżach lasu tropikalnego. Mimo wszystko, i tak byłam w najlepszym stanie z całej naszej trójki. Bestia wciąż nie mógł dojść do siebie po walce z pumą, a Robin poprzedniego dnia naprawdę solidnie uderzył o ziemię, nabijając sobie guza, co skutkowało teraz silnymi bólami i zawrotami głowy.
   Weszłam do lasu. Piekielnie bałam się pająków, węży, pum oraz tego, że się zgubię. W sumie, był to idealny moment, żeby teraz porwano mnie tak jak Raven czy Cyborga. Udało mi się jednak bez przygód nazbierać wystarczająco opału i wrócić do obozu, zanim zrobiło się całkiem ciemno.
   Założyłam polar i pomogłam Robinowi rozpalić ogień. Usiedliśmy przy niedużym ognisku ciasno ściśnięci koło siebie i skuleni. Po zjedzeniu marnego, chociaż tym razem pieczonego posiłku, wyciągnęłam apteczkę i zajęłam się ranami Bestii, bo wcześniej nie było czasu, by zrobić to porządnie. Gdy skończyłam, usnął z głową na moich kolanach.
   Delikatnie przeczesując mu włosy wpatrywałam się w tańczące ogniste płomyki i z uśmiechem na twarzy wspominałam jedno z moich ulubionych świąt obchodzonych na Tamaran, podczas którego wszyscy tańczą całą noc do muzyki i świetnie się bawią. Rozpalamy wówczas ognisko, przy którym grzejemy kiełbaski, chleb i pianki, a potem śpiewamy.
   Podniosłam głowę i spojrzałam na niebo obsiane tysiącami gwiazd. Ciekawe, która z nich to Tamaran?
   - Tęsknisz za domem? - odezwał się nagle Robin, a ja wzdrygnęłam się, wyrwana z rozmyśleń.
   - Myślałam, że śpisz - powiedziałam patrząc na niego.
   - Jesteś bardzo smutna - Robin siadł obok mnie - Myślisz o Tamaran, prawda?
Westchnęłam głęboko i znów popatrzyłam na niebo.
   - Prawda - szepnęłam - Bardzo tęsknię... - spuściłam nisko głowę, wbijając w buty smutny wzrok. Zaraz potem uśmiechnęłam się szeroko do Robina - Ale teraz to Ziemia jest moim domem, racja?
   - Twój dom jest tam, gdzie twoja dusza, więc nie mogę ci odpowiedzieć. Nie wiem, gdzie twoja dusza, ale chyba... na Tamaran?
Ledwo widocznie powoli pokiwałam głową.
   - Ale chcę chronić Ziemię i ludzi - powiedziałam - Tamarańczykami ma się kto opiekować. A jednak... - urwałam zastanawiając się, co powiedzieć.
   - Rozumiem - odpuścił mi Robin - Nie martw się. Na pewno już za niedługo znów zobaczysz dom i rodzinę.
Uśmiechnęłam się do niego słabo, a w świetle ognia, zobaczyłam, że i on się uśmiecha.
   - Dziękuję - szepnęłam.
Pokiwał głową.
  - Odpocznij - powiedział - Ja wezmę pierwszą wartę. I tak nie mogę spać. Nie jest ci zimno?
Wzruszyłam ramionami.
   - Trochę jest. Ognisko już gaśnie.
Robin okrył mnie i Bestię swoją peleryną.
   - Wybacz, ale tylko tyle mogę wam zaproponować - zaśmiał się cicho, by nie obudzić Bestii, a ja zrobiłam to samo.
   Odwróciłam się plecami do ognia, ogrzewając sobie plecy i mocno przycisnęłam do Bestii, wtulając głowę w jego zdrowe ramię. Myślałam, że nie będę spać tej nocy, ale myliłam się. Po krótkiej chwili, urwał mi się film i usnęłam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz